czwartek, 13 grudnia 2012

Mam pastwisko!

Zerkam kiedy tu ostatnio coś pisałem i... o zgrozo... 2,5 miesiąca temu. Oznacza to oczywiście, że tyle zajęło mi załatwianie wszystkich formalności związanych z zakupem ziemi. Czy to nie chore?

Wprawdzie właściciele jeszcze nie otrzymali całości pieniędzy, ale to już tylko kwestia jednego lub dwóch dni. Akt notarialny już jest, więc teoretycznie jestem właścicielem kawałka pastwiska, na którym jakieś urzędasy, wydając kawałek papieru, łaskawie pozwalają mi wybudować dom. Świat jest dziwny, ale cieszę się, że udało mi się przetrwać tę batalię, bo przyznam szczerze,  miałem wiele momentów zwątpienia czy dobrze robię pakując się w tonę papierów związanych z zakupem małego skrawka ziemi, z którego pewnie nawet krowa by się nie wyżywiła. Swoją drogą zastanawiam się, jakie byłyby reakcje, gdybym nagle w środku osiedla domków jednorodzinnych zaczął nagle wypasać bydło. Pewnie zaczęłyby się skargi sąsiadów, ale przecież ziemia jest sklasyfikowana jako pastwisko, więc chyba mam do tego prawo?

Po ostatnim moim wpisie, w którym najechałem nieco na Aliora, narobił mi on takich problemów (bez związku  z tym postem oczywiście - taki zbieg okoliczności), że postanowiłem wstrzymać się od pisania do czasu sfinalizowania transakcji, by nie zapeszać (mimo, że przesądny raczej nie jestem ;-) ). Teraz, gdy już sprawy dobiegają końca będę mógł ze spokojem oddać się najbardziej popularnemu sportowi w naszym kraju, czyli narzekaniu. O tym jednak w (mam nadzieję) niedalekiej przyszłości, bo teraz jadę na basen.

wtorek, 25 września 2012

Nienawidzę Aliora

Dużo pozytywnych wpisów ostatnio widziałem na temat Aliora, więc jak to zwykle bywa u mnie będzie odwrotnie. Być może nienawiść to za mocne słowo do określenia mojego stosunku do tego banku, ale nie ma to jak mocny tytuł, nie? ;-)

Dawno temu Alior skusił mnie jakąś promocją. Nie pamiętam już dokładnie co to było, ale założyłem u nich konto i kartę kredytową. Oczywiście konto darmowe, ale dość szybko się okazało, że zaczęli mnie golić z kasy, więc udałem się do banku, by konto zamknąć. Trochę było zamieszania, księgowania... Musiałem chodzić od jednej osoby do drugiej, aż w końcu po około godzinie i wypłaceniu mi z kasy jednego grosza (tak, tak - jednego grosza, którego nie chciałem, ale oni się uparli ;-) uwolniłem się od nich i zakodowałem w głowie, że tego banku nie lubimy.

Jak wiecie z ostatniego wpisu, jestem teraz na etapie załatwiania kredytu hipotecznego. Nie byłbym sobą gdybym nie sprawdził wszystkich możliwych opcji, włącznie z naszym dzisiejszym bohaterem - Aliorem. Będąc w centrum miasta postanowiłem odwiedzić pana Aliora osobiście. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem na wejściu wielką reklamę: 0% prowizji i 1,1% marży. 

Wchodzę zatem do doradcy i na wstępie wypalam: "Chciałbym taki kredyt jak z tej reklamy". 

Pan w błyszczącym garniturze i z wielkim uśmiechem mówi: "Zobaczymy co da się zrobić".

Podaję parametry kredytu. Pan robi symulację. Podsuwa mi karteczkę. Ja patrzę: prowizja 0%, marża 1,1%. Myślę sobie: "zajebiście". Drugie spojrzenie leci w stronę raty kredytu i tu zonk. Rata jest ok. 7% wyższa niż u teoretycznie gorszej konkurencji. Wspinając się na wyżyny asertywności staram się jak najgrzeczniej zapytać: what the fuck???

No i dowiaduję się, że kwota kredytu będzie zwiększona na samym wstępie o 10%!!! W tej chwili nie pamiętam już co to jest. Czy to ubezpieczenie, czy jakiś inny twór. Wymazałem to z pamięci, a na wydrukowanej ślicznie symulacji takiej informacji nie ma. Przy kwocie widnieje ciekawe określenie: OFERTA DODATKOWA!

Jak dla mnie to nie oferta tylko czyste złodziejstwo i wprowadzanie w błąd klienta. Dałem temu bankowi drugą szansę i więcej nie przewiduję.

Jeśli ludzie się na to nacinają, to nie dziwię się, że Alior ma kolejny raz rekordowe zyski. Ja im już podziękuję i będę omijał z daleka pana w czarnym meloniku.

środa, 5 września 2012

Kupuję ziemię

Jakiś czas temu pisałem o tym, że rozglądam się za okazyjnymi nieruchomościami. Trwało to już ok. 1,5 roku i w końcu się ziściło. Początkowo myślałem, czy kupić małe mieszkanie na wynajem, czy może ziemię rolną z perspektywą odrolnienia, czy może połasić się na dom. W pierwszym przypadku zniechęcający jest czas zwrotu z inwestycji. W drugim przypadku przekonałem się, że trzeba mieć albo znajomości (w celu "nabycia" informacji na temat planów zagospodarowania terenów na najbliższe lata), albo trochę szczęścia, żeby trafić w teren, który stanie się kiedyś osiedlem. W trzecim przypadku postawić musiałbym całkowicie na konsumpcję.

W międzyczasie jednak nasiliły się we mnie marzenia o własnym domu. Zwłaszcza po powiększeniu się rodziny, kiedy to nie jest już tak łatwo wyrwać się z domu, bo trzeba dziecko wykąpać, położyć spać, itd. A pogoda nadal jest rewelacyjna. Wieczory całkiem ciepłe, a ja nieprzyzwyczajony do kiszenia się w bloku zaczynam myśleć o tym, jak miło by było siedzieć teraz na tarasie lub trawniku przed domem. Dlatego kupuję działkę budowlaną, na której być może kiedyś stanie mój dom. 
Czy to oznacza zupełne zejście z drogi do miliona na rzecz konsumpcji? Nie do końca.

Po pierwsze - na razie nie zapadła decyzja o budowie, a przy zakupie zrobiłem porządne rozeznanie. Ziemię kupuję za cenę ok. 40% niższą niż jeszcze niedawno płaciły osoby za działki sąsiadujące. Dowiedziałem się też ile w tym miejscu kosztowały działki budowlane przed boomem na rynku nieruchomości i policzyłem ile ta działka kosztowałaby dziś, gdyby jej cena zależała tylko od inflacji. W stosunku do tej ceny "przepłacam" ok. 17%, ale biorąc pod uwagę to, że w tamtych latach nie było tam nic, a dziś są sklepy, przedszkola, szkoła, kanalizacja, itp., to raczej nie tracę dużo. Bardzo możliwe, że teren ten za jakiś czas zostanie wchłonięty przez miasto wojewódzkie, do którego jedzie się 10-15 minut. Jeśli kiedyś zdecyduję się sprzedać tę ziemię, to myślę, że i tak na niej zarobię.

Po drugie - jeśli jednak ziemi nie sprzedam, a zdecyduję się na niej wybudować dom, to będzie to dopiero wtedy, gdy działka będzie całkiem spłacona, czyli bardzo optymistycznie za jakieś 3-4 lata.

W jednym i drugim przypadku jest element inwestycyjny. Może niezbyt spektakularny, ale wypośrodkowany z moimi potrzebami i marzeniami. W tej chwili działka jest dla mnie potencjalną inwestycją, a kredyt mieszkaniowy, który płacę traktuję jako "czynsz za wynajem". Jeśli zdecyduję się na budowę domu zaciągnę kolejny kredyt, który będzie "czynszem za wynajem", a mieszkanie, które stanie się inwestycją mam zamiar wynająć. Nie wiem czy moje szacunki nie są nieco przesadzone, ale w jednym i drugim przypadku myślę, że wartość mojego portfela blogowego wzrośnie przez następne 5 lat o ok. 200% (oczywiście głównie za sprawą pracy na etacie :-) Nie wiem jeszcze w jaki sposób będę odnotowywał wzrosty na blogu. Być może na jakiś czas tego zaniecham. Być może raz na kwartał będę podawał jaki % ziemi jest już spłacony. Muszę to przemyśleć, ale póki co mam wiele innych zmartwień na głowie, bo papierkowej roboty przy zakupie nieruchomości jest sporo.

Na koniec jeszcze słowo do "kredytosceptyków" ;-), dla których pakowanie się w kredyty jest nie do przyjęcia i ważniejszy jest przyrost portfela o oprocentowanie lokaty: moim zdaniem ci, którzy biorą kredyty wyjdą na tym lepiej. Dlaczego? Bo państwa są kosmicznie zadłużone. Dług naszego kraju rośnie na potęgę. I co? Ktoś wierzy, że nagle państwo zacznie spłacać swoje długi? Ja nie wierzę. A jak można dług teoretycznie zmniejszyć? Zwiększyć inflację. Niebezpieczne, ale dzięki temu nominalnie taki sam dług realnie się zmniejszy. I tego będę się trzymał :-) Zdecydowanie lepiej się czuję z myślą, że będę miał kawałek ziemi niż trochę papierków w banku.

środa, 29 sierpnia 2012

Zmiany, zmiany, zmiany...

Halo, halo! Jest tu ktoś jeszcze? ;-) Trochę mnie tu nie było. Powiedzmy, że zrobiłem sobie wakacje od blogowania. W końcu lato było całkiem niezłe i wolałem je spędzać na powietrzu niż przed komputerem. Poza tym następuje u mnie powolny proces zmian, o którym już niedługo napiszę. Ale jeszcze nie dziś :-p Wcześniej nie chciałem pisać o tych zmianach aby nie zapeszyć, a teraz nie napiszę, bo muszę jeszcze przemyśleć jak to ugryźć, by nadawało się do kontynuowania tego bloga. Muszę się też zebrać do jakiegoś podsumowania, bo w końcu blogowi stuknęły 2 lata. Zapewne będę pisał więcej jak pogoda zrobi się bardziej jesienna :-)

czwartek, 10 maja 2012

Bilans na 6 maja 2012

Kwiecień... miesiąc katastrofa. Zepsuty samochód, zepsuty czajnik, zepsuty aparat i mała awaria w łazience. Na dodatek wszystko to wydarzyło się tuż po większych zakupach, które planowałem już parę miesięcy temu i które zrobiłem na początku kwietnia, a przed planowanym wyjazdem majowym. Wszystko naprawione lub kupione nowe, ale można to liczyć w tysiącach, a dojdą do tego 2 kolejne tysiące w miesiącu następnym na ubezpieczenie auta. Jeśli dodać do tego koniec urlopu macierzyńskiego, czyli konieczność utrzymania z jednej wypłaty 3 osób to powiem jedno - mam ochotę na przerwę. Być może jednak dociągnę jakoś do tych 50 tys., ale później będę chyba chciał zrobić małą przerwę na poukładanie finansów. Po prostu nie chcę w przypadku kolejnych losowych wydarzeń naruszać blogowego portfela.

Tymczasem z wielkim trudem dopisuję kolejne 1700 zł. Częściowo z odsetek pomniejszonych już o podatek, częściowo z kokosa, aczkolwiek jest to zaledwie 8 zł z chwilówki, którą udzieliłem jakiś czas temu i całe 2 gr odsetek karnych od innej pożyczki. Miłym zaskoczeniem jest to, że dobiłem do 1000 punktów za wypełnianie ankiet i zainkasowałem za to 50 zł.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Odkładam mniej - dlaczego?

Ostatnio informowałem o zmianach w dokładaniu do portfela. Zamiast dokładać stałą kwotę, będę dokładał tyle, ile będzie brakowało do 1700 zł po zsumowaniu wszystkich pozostałych źródeł dochodu. Czas na wyjaśnienia.

Bodziec do zmiany

W ciągu ostatniego miesiąca przeprowadziłem na różnych blogach kilka mniejszych, a także dwie nieco większe dyskusje. Jedna z nich miała miejsce tutaj i jak to często bywa partnerem do tej dyskusji był mój, jak na razie największy, krytyk - Marcin :-)

W dyskusji tej Marcin zasugerował mi m.in. to, że:
- spocząłem na laurach
- że zarabiam minimalną europejską pensję (aczkolwiek nigdy nie podałem i nie podam wysokości moich zarobków z etatu), którą przecież każdy może wyciągnąć, jeśli tylko wyjedzie na zachód i będzie robił najprostszą pracę fizyczną
- że szczycę się tym jakie to zajebiste życie prowadzę.

Zazwyczaj starałem się, by opinie innych osób na mój temat jak najmniej wpływały na moje życie, ale nie ukrywam, że zawsze ciekawiło mnie jak odbierają mnie inni. Tym razem te opinie jakiś mały wpływ na moje działanie jednak miały. Jaki? Oczywiście odwrotny :-)

Nie, to nie na złość Marcinowi zmniejszam dopłaty do portfela. Sprowokował mnie on jedynie do zrobienia ruchu, o którym dawno myślałem.

Czynnik motywacyjny

Ludzie gromadzą oszczędności w różnych celach i różne są czynniki motywujące ludzi do zarabiania pieniędzy. Jak się okazuje wiele osób widząc mój blog ma na pierwszy rzut oka wrażenie, że jestem zaślepiony pieniędzmi i moim głównym celem życia jest uzbieranie miliona. Otóż nie. Nie umiem zarabiać pieniędzy dla pieniędzy. Zarabiam, by coś w życiu za te pieniądze robić. Czasem by coś mieć - owszem, ale głównie jednak robić. Jeździć, zwiedzać, fotografować, uprawiać sport, spotykać się z ludźmi w ciekawych miejscach, itp., itd. Spędzać życie aktywnie.

Co da mi zmniejszenie dopłat? Większą motywację. Jeśli zarobię z innych źródeł niż praca więcej pieniędzy, to będę miał więcej pieniędzy z pensji na przyjemności. Proste i logiczne. Takie odkładanie stałej kwoty mogło rzeczywiście wyglądać na spoczęcie na laurach (chociaż Marcinowi raczej chodziło o to, że nie żyję za 200 zł/miesiąc, by odkładać całą resztę). Odkładanie stało się rutyną, a za rutyną niekoniecznie przepadam. Jednych może cyferki na koncie motywują. Mnie niekoniecznie.

Tylko co z milionem? Przecież jeśli podzielę pozostałą do miliona kwotę na 1700 zł, to uzbieranie zajmie mi jakieś 47 lat. Jest duża szansa, że tego nie dożyję.

Efektywność

Na to właśnie słowo kładłem od zawsze największy nacisk. Gdy moi znajomi trzaskali w pracy nadgodziny, by przypodobać się szefom ja starałem się zrobić jak najwięcej w 8 godzin. Gdy inni starali się jak najwięcej zaoszczędzić, ja starałem się więcej zarobić. Gdy nie widziałem możliwości w jednym miejscu, wyruszałem w drugie. Wzrastała moja efektywność i wzrastały moje zarobki. Na początku wzrastały bardzo szybko, później nieco wolniej. Przez ostatni rok wzrosły o ok. 20%. Zaledwie o 20%, bo jak się okazuje moje zarobki od początku mojej pracy zawodowej (na umowę o pracę - nie liczę prac wakacyjnych, czy dorywczych podczas studiów) wzrastały średnio o 132% rocznie.

A co z efektywnością moich pieniędzy w portfelu? Spójrzmy na kilka wykresów.

Na pierwszym widać, że całkowita wartość portfela (wyższa linia) jest niewiele większa od wpłat własnych (niższa linia).
 

Na drugim przedstawiam dochody ze źródeł innych niż etat w kolejnych miesiącach (niższa linia)oraz skumulowane (wyższa linia).


Jak widać czasem był jakiś wyskok spowodowany przypadkowymi dochodami na giełdzie (które i tak zapewne zostaną za jakiś czas zniwelowane stratami), ale generalnie niewiele się zmienia.

Niestety wykres skumulowanego dochodu nie wygląda na wykładniczy. Bardziej przypomina prostoliniowy. Dlatego właśnie chcę się skupić mniej na odkładaniu, a bardziej na efektywności inwestycji. Nie ukrywam, że pewne nadzieje wiążę z kokosem, bo niestety na giełdzie jestem słaby, a intratnych pomysłów na biznes w mojej głowie brak. Nawet jeśli jakiś pomysł na biznes mam, to nie wygląda on na tyle dobrze, by miał przyćmić moje dochody z etatu.

Jak już pisałem w poprzednim wpisie, nowy model portfela zakłada nieco większe ryzyko. Ryzykuję więcej pieniędzy na kokosie. Nie tylko odsetki jak było do tej pory, ale też 1/3 dokładanej kasy wędruje w pożyczki. Z moich dziwnych wyliczeń wynikło, że mniej więcej po 5 latach powinienem zarabiać z odsetek ok. 1700 zł i przy dalszym rozwoju w tym tempie jestem w stanie osiągnąć milion sporo przed emeryturą. Jeśli po 5 latach okaże się, że nic z tego nie wychodzi, to trzeba się zastanowić poważnie nad odpuszczeniem tego przedsięwzięcia. Chyba, że w międzyczasie wymyślę jakiś inny, efektywny sposób pomnażania pieniędzy.

Po prostu - kasa jest po to, aby odpowiednio pracowała, albo po to, by ją wydać. Nie ma sensu trzymania wszystkiego na lokatach, bo realnie, uwzględniając inflację, zarobi się na tym jakiś jeden procent. Procent z miliona to 10 tys. To nawet nie jest tysiak na miesiąc. Dlatego właśnie "melon" nie jest moim głównym celem, bo może się okazać, że spędzę życie na dążeniu do czegoś, co nie da mi tego, czego oczekuję. To lepiej już wydać te pieniądze na ładny dom z ogródkiem, by uprawiać marchewki i pogodzić się z tym, że są ludzie, którzy potrafią obracać pieniędzmi i tacy, którzy tymi pieniędzmi obracać nie potrafią.

Tak naprawdę z miliona można żyć gdy efektywność inwestycji wynosi jakieś 15-20%, tylko pytanie, czy po jego osiągnięciu będę chciał zrezygnować z pracy? Może się okaże, że z etatu będę wtedy wyciągał nadal znacznie więcej.

Tak zatem wygląda plan na najbliższą przyszłość blogowego portfela. Jeśli coś mi się w głowie znów dziwnego urodzi, to nastąpią zmiany.

Co do kilku komentarzy proponujących powstrzymanie się od zwiększania poziomu życia i "przyciskania", by odłożyć więcej (zwłaszcza, że dostałem ostatnio podwyżkę) ogłaszam wszem i wobec, że nie zwiększam poziomu życia :-) Macierzyński się kończy. Zaczyna się wychowawczy. Będę zatem utrzymywał (włącznie ze mną) 3 osoby. Poza tym żywotność kilku przedmiotów codziennego użytku w moim domu dobiegła  końca i niestety trzeba zakupić nowe. Do tego dochodzi ubezpieczenie mieszkania, samochodu i kilka innych wydatków, które rysują wiosnę w średnio kolorowych barwach. Ale damy radę! W sumie to chyba powinienem trochę ponarzekać tak jak to robią wszyscy wkoło, bo jak tylko piszę, że żyję przeciętnie i normalnie, to ludziom się wydaje, że szastam kasą na lewo i prawo ;-)

Zatem jeśli ktoś chce mi zarzucać spoczęcie na laurach, to mogę dyskutować w tym temacie jedynie z osobami niezależnymi finansowo, które same dbają o własny dach nad głową i najlepiej przynajmniej częściowo odpowiadają też za innych swoich bliskich, a nie korzystają z ich pomocy:-)

piątek, 13 kwietnia 2012

Bilans na 6 kwietnia 2012

Zgodnie z zapowiedzią w tym miesiącu zmniejsza się dopłata do portfela. Wprawdzie pisałem, że od teraz portfel będzie zwiększał się o 1700 zł miesięcznie, ale aby zaokrąglić kwotę całkowitą dopłacam kilka złotych więcej. Standardowe odsetki w większości jeszcze nie są zjedzone przez podatek. W przyszłym miesiącu niestety będą mniejsze, bo nienażarty potwór o nazwie Polska wyszedł na łowy. Staram się unikać otwierania nowych kont, bo już kiedyś zamykałem kilka zbędnych, ale teraz znów zastanawiam się nad otwarciem konta w Deutche Banku, który ma teraz chyba najlepszą ofertę jeśli chodzi o odsetki.

W podsumowaniu pojawił się w końcu nowy podpunkt o nazwie kokos. Pierwsza pożyczka zakończona sukcesem. Niewielki zysk w wysokości 6 zł, ale i kwota zainwestowana na okres 6 miesięcy (a spłacona wcześniej) nie była porażająca (50 zł).

Chciałem w tym wpisie również wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się zmniejszyć dopłaty, ale co zasiadam do pisania, to nadciągają zewsząd jakieś obowiązki. Nie ma chwili spokoju. Wcześniej udawało mi się pisać w podróży, a czasem nawet w przerwie w pracy, jednak teraz zbliża się zakończenie projektu, który ciągnie się od roku. To oznacza ni mniej, ni więcej, ale pracę non stop przez 8-10 godzin dziennie przez ten i połowę następnego tygodnia. Już się nie mogę doczekać końca tego nawału pracy. Mam nadzieję, że wtedy uda mi się dokończyć wpis o przyczynach zmniejszenia dopłat. Póki co wpis powstaje po bardzo małym kawałku.


środa, 28 marca 2012

Czas na zmiany

Raz na jakiś czas trzeba zweryfikować swoje poglądy, popatrzeć na plan, który się wcześniej nakreśliło i... coś ulepszyć (i nie spieprzyć;). Oczywiście nie zawsze udaje się zmienić coś na lepsze, ale trzeba przynajmniej spróbować.

Kokos

W tym miesiącu zamknęła się moja pierwsza, kokosowa pożyczka, o czym będzie w podsumowaniu miesiąca. Nie ukrywam, że było to miłe zaskoczenie ponieważ zamknęła się przed czasem i RRSO pożyczki podane przez serwis wyniosło ponad 60%. Poza tym wcześniej nie wiedziałem na jakiej zasadzie działają monity. Czasem odwlekałem ich wysłanie z nadzieją, że jednak ktoś spłaci pożyczkę, bo tak mi zawsze szkoda człowieka było. Od kiedy dowiedziałem się na blogu Od zera do milionera ,że za każdy opłacony przez pożyczkobiorcę monit dostaję punkty w systemie partnerskim to wysyłam je bardziej ochoczo jak tylko dostaję taką możliwość. Dzięki temu mam już 20 punktów, które odpowiadają 20 zł. Będę je mógł wypłacić po przekroczeniu 150 pkt.

Na fali kokosowego optymizmu postanowiłem też dodać reklamę serwisu na blogu.

Oczywiście reklama nie jest zmianą planu jeśli chodzi o finanse. Zmiana w finansach będzie polegała na zwiększeniu aktywności na kokosie. Będę tam inwestował nie tylko odsetki, ale także 30% tego co dopłacam do portfela. Pod jednym z poprzednich postów padło pytanie ile pieniędzy tak naprawdę pożyczam. Nie będę zamieszczał takich informacji, bo to się z każdą spłatą lub pożyczką zmienia. Wyznaczam sobie tylko maksymalną kwotę pożyczek jakie mogę udzielić i tego staram się trzymać. Od następnego podsumowania tą maksymalną kwotą będzie suma wszystkiego co zarobiłem poza etatem (odsetki i inne dochody) + 30% dopłat od dnia dzisiejszego. Nie ukrywam, że w tej chwili Kokos to jedyna moja nadzieja na zwrot większy niż z lokaty.

Etat

Tu nastąpiła kolejna zmiana. Dostałem znowu podwyżkę. Nie wpłynie ona jednak na dopłaty. Jakiś czas temu w komentarzach padło pytanie, czy zamierzam zwiększać dopłaty do portfela i pisałem wtedy, że pewnie tak. Myślałem, że będę waloryzował wpłaty o stopę inflacji. Robię jednak coś zupełnie przeciwnego. Zmniejszam dopłaty. Absurdalne? ;-)

Portfel będzie się zwiększał co miesiąc o 1700 zł (oprócz najbliższej dopłaty, w której dopłacę tyle, by jakoś zaokrąglić stan portfela), niezależnie od tego, ile dochodu będzie pochodziło z innych źródeł. W ten sposób osiągnę założony sobie cel 50 tys. w sierpniu. Wtedy też ustalę cel na kolejny rok. Jeśli ktoś ma ochotę o tym podyskutować, zapraszam do komentowania :-) O powodach takiego posunięcia napiszę za jakiś czas w osobnym wpisie.

wtorek, 13 marca 2012

Słowo o hipotece + Bilans na 6 marca 2012

W lutym ponownie nie wydarzyło się zbyt wiele. Giełda po wyrysowaniu małej górki znów zastanawia się, czy polecieć znów w dół, czy jednak może trochę do góry. Ja obstawiam raczej kierunek południowy, więc do giełdy mam dystans. Odsetki są minimalnie mniejsze niż w zeszłym miesiącu, a to za sprawą dwóch czynników. Pierwszy - krótszy miesiąc. Drugi - przewalutowanie części pieniędzy.

Drugi z czynników wpływał i wpływa na odsetki w moim portfelu dość często. O co w tym chodzi? Posiadam kredyt hipoteczny w euro i zazwyczaj gdy euro jest w jakimś lokalnym dołku kupuję więcej waluty, nawet za pieniądze z blogowego portfela. W kolejnych miesiącach spłacam raty z tych oszczędności, a do portfela blogowego wraca większa część wypłaty niż jest to w założeniu portfela blogowego. W ten oto sposób bronię się przed spłacaniem kredytu gdy euro jest na górce. Po perypetiach z frankiem i masową dostępnością kredytów w CHF kilka lat temu, większość ludzi boi się kredytów walutowych i nasłuchałem się sporo negatywnych opinii na temat tego co robię w momencie brania kredytu. Tak samo nasłuchałem się pytań przez ostatnie miesiące na temat tego jak się miewa mój kredyt, gdy euro wybijało kolejne maksima aż do 4,5 PLN.

Zatem jak się miewa mój kredyt i czy żałuję, że go wziąłem?

Absolutnie nie żałuję. Oprocentowanie jest znacznie mniejsze niż kredytu w złotówkach (ok. 3%). Brałem go na górce 3 lata temu i to zabezpieczanie się w lokalnych dołkach pozwoliło mi na przetrwanie zeszłorocznej zwyżki. Do tej pory, przez te 3 lata, zapłaciłem jedynie 2 raty powyżej kursu, przy którym brałem kredyt, a sporą część rat spłaciłem po kursie nawet 6% niższym. Cieszę się, że euro wróciło na niższe poziomy i przymierzam się ponownie do większych zakupów waluty. Może to zatem wpłynąć na odsetki moich lokat w kolejnych miesiącach.

Odsetki od kokosa natomiast rosną. Wprawdzie kokos podczas spłaty zalicza najpierw spłatę całkowitą kapitału, a dopiero potem odsetek (i tak samo będę robił ja w blogowym portfelu), ale jeśli podzieliłbym spłaty na równe raty składające się z części kapitałowej i odsetkowej to można przyjąć, że mam już ponad 35 zł odsetek miesięcznie z tego źródła. Gdyby nie dwóch spóźnialskich, to byłbym bardzo z kokosa zadowolony.

Na koniec standardowy obrazek pt. skąd się wzięły moje pieniądze.




wtorek, 14 lutego 2012

Bajka o tem jak pan Ziobro lata samolotem

Co ma pan Ziobro do mojej drogi do miliona? Co ma jego latanie samolotem do mojej drogi do miliona? Może i niewiele, ale natchnął mnie do napisania tego wpisu.

Będąc niedawno na jednym z niemieckich lotnisk natknąłem się na tegoż właśnie jegomościa lecącego tym samym samolotem co ja. Mina nadęta, nos wysoko, czyli standard u osób nieco bardziej rozpoznawalnych. Do samolotu wszedł pierwszy, ja nieco później, więc chcąc, nie chcąc ujrzałem tę facjatę raz jeszcze, gdy przechodziłem przez strefę tzw. biznesową. I tu mnie ruszyło...

Ktoś powie: zazdrości! Hmmm... nie ma w zasadzie czego. Leciałem kilkakrotnie klasą biznes i jedyna różnica jaką zauważyłem, to trochę inny posiłek i napoje podawane częściej niż reszcie. Za taką usługę płacimy oczywiście ekstra. Nigdy za bardzo nie wnikałem w ceny biletów, ale tym razem postanowiłem sprawdzić jaka jest różnica w cenie między klasą ekonomiczną, a klasą biznes. Na trasie pana Ziobro, przy zamówieniu biletu z miesięcznym wyprzedzeniem, różnica taka to, bagatela, ok. 1500 zł.

Jeśli jesteś, za przeproszeniem, statystycznym Polakiem (choć wielu mówi, że taki nie istnieje), to chciałbym Cię poinformować, że na ten dodatkowy napój i inny posiłek pana Ziobry musisz odprowadzać podatek dochodowy przez ok. 6 (słownie: sześć!) miesięcy.

A ile takich latających osób mamy na utrzymaniu? Aż się boję odpowiedzi na to pytanie.

Teraz natomiast nieco inna perspektywa.

Miejsce: spółka akcyjna, duża korporacja. Czas: początek kryzysu.
Zanim jeszcze kryzys wstrząsnął na dobre całym światem otrzymuję maila, który zmienia politykę firmy. Zabronione są loty klasą biznes. Jeśli tylko to możliwe spotkania należy ograniczyć do minimum. Gdzie tylko można trzeba skorzystać z możliwości audio i wideokonferencji. To tylko jeden z kroków jakie podjęła firma, w której pracuję. Po 3 latach od wejścia tych restrykcyjnych przepisów kolejny rok wzrasta zysk firmy, ja dostaję podwyżkę i wszyscy są zadowoleni.

A dług naszego kraju wzrasta.

Wiem, że latanie klasą ekonomiczną nie załata dziury budżetowej, bo dziura ta jest zbyt duża, ale wku$#@#wia mnie (i to jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl gdy o tym myślę), że tyle naszych pieniędzy jest wyrzucane w błoto. Nie mam nic przeciwko temu, by politycy latali klasą biznesową, ale niech to robią wtedy, gdy na to zapracują. Gdy ta wielka, czarna dziura budżetowa się zmniejsza, a nie gdy rośnie na potęgę, bo póki co to fundują mi (i każdemu obywatelowi tego kraju) kredyt, który niweluje całe moje oszczędności blogowe, a którego ja wcale nie chcę zaciągać.

Niedługo kolejny wpis o tym na co idą nasze podatki, czyli bajka o tym jak politycy wydłużają moją drogę do melona ;-)

poniedziałek, 6 lutego 2012

Sukcesy i porażki roku 2011 + Bilans na 6 lutego 2012

    Rok temu podobny wpis zatytułowałem "Porażki roku 2010" i wpis był odebrany przez jedną z (a może i więcej) osób jako moje usprawiedliwianie się. W tym roku zatem tytuł jest nieco bardziej optymistyczny. Mam nadzieję, że oprócz tytułu treść również będzie odebrana lepiej, bo wprawdzie podsumowanie roku jest dla mnie okazją do wypunktowania tego co poszło źle (w celu poprawienia się), ale nie jest tak, że wszystko widzę w ciemnych barwach. Zauważam też pozytywy. Od nich zatem zacznijmy.

1) Cel bloga. Jeśli wszystko nadal będzie szło w dobrym kierunku, to jest raczej niezagrożony. Wyrobiłem w sobie systematyczność oszczędzania. Nie czuję czegoś, co posiada wielu ludzi, a co mój kolega określa mianem "głodu konsumpcyjnego", ale jak wielokrotnie podkreślam - nie odkładam tyle, ile bym mógł gdybym mocniej przycisnął, bo z życia też trzeba coś mieć. Dzięki takiemu rozłożeniu środków nie muszę się przejmować, że nie osiągnę celu, bo np. zepsuł mi się akurat samochód. W realizacji celu pomaga mi jak zawsze...

2) Praca zawodowa. Na tej płaszczyźnie nie mogę mówić o porażkach. Niedawno miał miejsce awans i podwyżka. Mogę obiektywnie stwierdzić, że nie jestem osobą posiadającą cechy przywódcze, a mimo to wciąż jestem "pchany" w kierunku zarządzania. Na szczęście dla mnie nie jestem rzucany na głęboką wodę, lecz jestem przygotowywany do tego stopniowo i z rozsądkiem. Czasem zastanawia mnie dlaczego jestem prowadzony w takim kierunku i chyba kilka zdań wymienionych z moim nowym szefem pomogło mi to zrozumieć. Co powiedział mój szef? "Musisz się bardziej udzielać i być bardziej aktywny, bo zawsze jak jest jakiś problem, to masz dobre pomysły i praktycznie za każdym razem to Ty masz rację, a ja się
mylę."

Wyobrażacie sobie usłyszeć coś takiego od przełożonego Polaka? Bo ja jakoś nie mogę. Mam wrażenie, że w Polsce szef prędzej podwładnego skrytykuje i nigdy nie przyzna się do błędu. Głównie dlatego, by nie stworzyć sobie konkurenta. Kilkunastoprocentowa podwyżka mogłaby zaowocować zwiększeniem dopłat do portfela, ale jak już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, pojawienie się dziecka sprawiło, że wzrosły
też koszty. Dziecko, święta i parę innych czynników powoduje, że zmiany w moim prywatnym, nieblogowym portfelu są bardzo dynamiczne :-) Gdy wszystko się nieco ustabilizuje to wtedy pomyślę nad zwiększeniem dopłat.

3) Lokaty - przeniesienie się do Optimy i optymalizację kwot lokat również zaliczam do plusów tego roku, bo dzięki temu wpada do portfela parę złotych miesięcznie więcej, które następnie wędrują do punktu czwartego, czyli...

4) Kokos - jakiś czas temu zacząłem inwestować w pożyczki społecznościowe. Żadna aukcja nie zamknęła się jeszcze, bo minęło zbyt mało czasu i mam paru spóźnialskich pożyczkobiorców, ale ogólnie podoba mi się ta idea inwestowania. Ok. 3-4 razy większe oprocentowanie od lokat sprawia, że jest to opłacalne nawet jeśli (zgodnie ze statystyką) jedna na dziesięć aukcji skończy się windykacją. Gdy będę miał w tym temacie więcej doświadczenia to na blogu pojawi się osobny wpis na ten temat.

   Teraz nieco na temat ruchów niekoniecznie zakończonych sukcesami.

5) Giełda - mimo pozornego dodatniego bilansu posiadam jeszcze akcje, które niwelują cały dotychczas wypracowany zysk. Cały czas trzymam się swojej strategii, więc za jakiś czas pewnie o tym przeczytacie. Póki co wstrzymuję się od jakichkolwiek ruchów z powodu niepewności panującej na rynkach, a także dlatego, że cały czas sprawdzam rynek nieruchomości i na wszelki wypadek trzymam gotówkę.

6) Nieruchomości - w tym temacie praktycznie nic się nie zmieniło, ale chciałbym parę słów na ten temat napisać. Rok temu zastanawiałem się nad inwestycją w ziemię, ale wywindowane ceny nie chciały spaść. Media pisały o spadkach cen, ale wydaje mi się, że spadek był niewielki i przy bardzo małych obrotach. Sprzedają tylko ci, którzy naprawdę muszą i ciężko namierzyć takie okazje. Gdy widzę jakieś ogłoszenia w okolicy, która mnie interesuje, dzwonię i pytam o cenę. Zazwyczaj rozmowę kończę dość szybko: "Proszę pana, pan chce 30% więcej niż deweloper kilometr dalej, który ma w ofercie do wyboru kilka działek". Wtedy sprzedający oburza się, że przecież on zapłacił za tę ziemię więcej i nie będzie tracił sprzedając poniżej tej ceny. Cóż... ja nie będę lekarstwem na jego wtopę.

Póki co cieszę się, że nie zdecydowałem się na ziemię wcześniej. Byłem już bliski kupienia ziemi rolnej z dużą perspektywą przekształcenia za jakiś czas na budowlaną, a tymczasem pojawiają się już działki budowlane w cenach takich jak pół roku temu ziemia rolna. Bardzo jestem ciekaw czy ceny jeszcze spadną. Staram się monitorować sytuację i szukać okazji. Obym tylko nie przegapił tych, które już się pojawiają.

7) Inne projekty - niestety brak czasu na prowadzenie firmy i jednoczesną pracę na etacie powoduje, że działalność gospodarcza jest nadal zawieszona. Mam za to w głowie projekt internetowy, który mogę robić w czasie wolnym i nawet częściowo ruszyłem z jego wykonaniem. Nie wymaga pieniędzy, ale czasu. Czasu, którego wciąż brakuje. Jest związany z moimi pasjami, dlatego nie wiem czy przyniesie kiedyś jakiekolwiek zyski. Zakładając, że w ogóle doprowadzę go do końca. Chciałbym go zrealizować tak po prostu, dla siebie, ale czy się uda?

Czytając różne biografie milionerów, oglądając wywiady z ludźmi, którzy odnieśli duży sukces w biznesie mam wrażenie, że większość z nich mówi o całkowitym poświęceniu pracy. Pracowali z zacięciem dniami, wieczorami, weekendami. Sami przyznają, że kosztem rodziny. Ja przyznaję się bez bicia - nie potrafię. Nie chodzi tutaj o lenistwo, które często się w moim życiu pojawia. Po prostu nie umiem zrobić tego mojemu kilkumiesięcznemu dziecku. W swoim otoczeniu mam kilku ojców, których dzieci nie rozpoznają, bo widują ich tylko kilka godzin w weekendy i ewentualnie kilka minut przed snem w tygodniu. Nie chcę czegoś takiego w swoim życiu. My spędzamy ostatnio z dzieckiem większość naszego czasu, dlatego zapewne na blogu przywieje jeszcze większą nudą. Aczkolwiek pewnie niedługo znów będę więcej podróżował, więc muszę odgrzebać mojego starego smartfona, by móc pisać w samolocie, autobusie czy pociągu. Póki co, to tyle opowieści na temat powolnego bogacenia się ;-) Na koniec wlepiam podsumowanie miesiąca, czyli standardowe oszczędności i odsetki.


wtorek, 10 stycznia 2012

Bilans nr 20 na 6 stycznia 2012

Bardzo miło mi się zrobiło, gdy pod poprzednim swoim wpisem przeczytałem, że ktoś czeka na moje wpisy :-) Przepraszam, że zawodzę w kwestii punktualności, ale nie będę ukrywał, że blog jest ostatnio dość nisko na liście moich priorytetów. Wyżej jest rodzina, która ostatnio absorbuje dużo czasu czy praca, która po leniwej przerwie świątecznej nabiera tempa.

Wprawdzie był długi weekend i mimo wyjazdu mogłem spokojnie zasiąść przed komputerem, by napisać długi wpis, ale... nie chciałem. Mógłbym tu sparafrazować pojawiającą się na wielu blogach zasadę: "najpierw płać sobie". Dla mnie od jakiegoś czasu jedną z największych wartości jest czas wolny i możliwość poświęcania go na różne moje hobby, dlatego jeśli tylko pojawia się dzień wolny, to poświęcam go ("płacę nim") w większości sobie. Cały tydzień mogę popołudniami sprzątać, jeździć na zakupy, zajmować się dzieckiem, posiedzieć w necie, zapłacić rachunki, itp. Nie mam z tym najmniejszych problemów. Jednak gdy przychodzi dzień wolny i na zewnątrz nie ma huraganu, to bardzo często w ogóle nie włączam komputera. Tak było też tym razem, no ale do rzeczy...

W grudniu wiele osób oczekiwało rajdu św. Mikołaja, który jakoś nie nastąpił. Mimo małego podbicia w górę na GPW nic w zasadzie się nie wydarzyło, dlatego powstrzymałem się od zakupów. Oczywiście nie świątecznych. Święta niestety kosztowały mnie ok. 2 tys. Prezenty, paliwo, itp. Mógłbym to "przeżyć" taniej (zwłaszcza, że za świętami za bardzo nie przepadam), ale lubię zrobić rodzinie przyjemność raz do roku i zamiast kupować skarpetki, czy szaliki kupuję to co sprawi im radość. 

Nie wpływa to na dopłatę do blogowego portfela. Dorzucam 1700 zł i dopisuję odsetki od lokat w wysokości 164,72 zł. Odsetki większe niż poprzednio, bo przeniesione do BGŻ, zostały zgodnie z planem ulokowane na kokosie. I to tyle wieści z nudnego, powolnego bogacenia się. Za parę dni powinienem zrobić podsumowanie roku. Daję sobie chwilę na przemyślenie tematu i ogarnięcie wątków, które chciałbym poruszyć,a które są istotne ze względu na tematykę bloga.


wtorek, 3 stycznia 2012

Nowy rok - małe zmiany

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku życzę wszystkim, którzy tu zaglądają. Jak największych zysków i jak najmniejszych strat.

Wchodząc w nowy rok postanowiłem dodać co nieco do bloga. Ci, którzy zaglądają tu od dawna wiedzą mniej więcej kim jestem i po co mi ten blog, ale co z tymi, którzy zaglądają tu pierwszy raz? Mogą zerknąć na moje dziwne podsumowania pisane raz na miesiąc i po prostu zamknąć bloga. Nie będzie im się chciało zaglądać we wpisy sprzed roku. Dodałem więc zakładki: "O mnie" oraz "Cel bloga".

Za 3 dni przyjdzie czas na podsumowanie miesiąca i być może podsumuję też rok. W tej chwili jednak czas przewinąć dziecko ;-)