wtorek, 6 grudnia 2011

Bilans nr 19 na 6 grudnia 2011

Listopad... czas "szalonych" zysków giełdowych ;-) Rajdu Św. Mikołaja jak nie widać, tak nie widać, ale u mnie mały zysk. Całe 9,87 zł :-) Skąd się to wzięło? Jakiś czas temu kupiłem 11 akcji spółki Pegas. Kupiłem je głównie z myślą o dywidendzie, ale też z myślą o tym, by trzymać akcje dłużej. Oczywiście wszystko zmieniło się gdy giełda zaliczyła jakieś tam kolejne tąpnięcie. Wtedy ustawiłem zlecenie sprzedaży minimalnie powyżej ceny zakupu. Później stwierdziłem, że zrobiłem bez sensu, ale zlecenia nie odwołałem, bo jakoś tak ciągle brakowało czasu. Nie sądziłem, że się zrealizuje, a tymczasem... hops... i sprzedane. Cóż... dywidenda zainkasowana (doliczona w poprzednim bilansie) i akcje sprzedane z zyskiem 1,17%. Jeśli doliczyć dywidendę, to wyjdzie 5,88%, więc jak na czasy bessy może być.

Lokaty przeniesione do Optimy, ale nie widać dużej różnicy w odsetkach w stosunku do poprzedniego miesiąca, bo przeniesienie miało miejsce kilka dni temu. Za miesiąc będzie lepiej. Odsetki oczywiście, zgodnie z planem opisanym tu: Kokosowe inwestycje strukturyzowane, powędrowały w stronę pożyczek społecznościowych.

Zarobki odrobinę mi się ostatnio poprawiły, ale dokładam tyle samo co zawsze, bo dziecko, bo święta, bo trzeba złapać oddech po wakacjach i tak dalej. Na wiosnę postaram się zweryfikować "wkłady" o inflację.

Skąd się wzięły moje pieniądze można jak zwykle zobaczyć poniżej (zazwyczaj robię screenshot dwóch ostatnich miesięcy, ale niechcący zrobiłem trzy miesiące i nie chce mi się już zmieniać ;-).

piątek, 2 grudnia 2011

BGŻ Optima - aktywowana

Kolejny raz potwierdziło się to, co zaobserwowałem jakiś czas temu. Nazwa popularnego produktu przyciąga ludzi. Chcesz odnieść "sukces" blogując? Wlepiaj jak najwięcej nazw własnych, które są na czasie, pisz o lokatach, akcjach i funduszach ;-) Ja kolejny raz w tytule używam nazwy nowego wynalazku BeGieŻetu. Nie, nie dlatego, że na poprzedni wpis o podobnym temacie weszła rekordowa liczba osób :-P Piszę, bo aktywowałem produkt.

Zadziwia mnie niecierpliwość ludzi. Wkoło widać mnóstwo komentarzy osób, które nie mogą się doczekać na pin lub digipassa. Ciężko oczekiwać od firmy przesłania dwóch przesyłek po dwóch dniach gdy wiadomo, że w krótkim czasie konta otworzyło 20 tys. osób. Ja się nie niecierpliwiłem i dostałem wszystko w ciągu ok. tygodnia. Najpierw digipass, później pin.

Pierwsze wrażenia? 

Logowanie

Logowanie i ustawianie wszystkiego z digipasem jest upierdliwe, ale jak niektórzy zauważają - nie robi się tego na co dzień, bo przez większość czasu oszczędności mają tam cicho leżeć i rosnąć. Lepiej im nie przeszkadzać zbyt częstym zaglądaniem. Trochę szkoda, że digipass jest mało poręczny, a jak ktoś (tak jak ja) często podróżuje, to jest to minus, bo nie chce się tego zabierać ze sobą, a jednak czasem może najść potrzeba ruszenia tych pieniędzy.

Dziś podczas jednego z logowań trafiłem na przerwę techniczną, ale po 2 minutach mogłem się zalogować bez problemu.

Pierwszy przelew

Szedł dobę. Nie wiem kto przez tę dobę zarabiał na moich pieniądzach, ale na pewno nie byłem to ja.

Zakładanie lokaty

Szkoda, że nie ma opcji zakładania kilku lokat jednocześnie (jest chyba taka opcja podczas zakładania konta, ale z niej nie skorzystałem). Musiałem 8 razy klepać numerki na digipasie i wpisywać je potem w okienka na komputerze. Podczas zakładania jednej z lokat wywaliło mi błąd, ale nie wykluczone, że był on spowodowany jakąś przerwą w transmisji danych. Zdarza się, że rozłącza mi czasem Internet.

Ogólne wrażenie

Jest OK. Schludnie, prosto, a przecież i tak najważniejsze jest oprocentowanie. Z tego co widziałem dostępne są raporty roczne i kwartalne uzyskanych odsetek. Trochę szkoda, że nie można wybierać dat do takiego raportu bardziej elastycznie. Być może z czasem ten produkt się rozwinie, a może to gdzieś jest tylko jeszcze nie doszukałem. Moim zdaniem konto spełnia swoje zadanie i mimo tych 2-3 minusów będę z niego korzystał. Póki co - wszystkie lokaty przeniesione do Optimy.

środa, 30 listopada 2011

Co z tą Polską? Moje sposoby na pozbycie się kryzysu.

Po doniesieniach o zmniejszeniu ratingu Węgier zacząłem się zastanawiać co będzie w najbliższej przyszłości z naszym krajem. Gospodarka teoretycznie funkcjonuje tak jak powinna i wydawałoby się, że nie ma powodów do obaw. Politycy zapewniają, że Polska ma się dobrze, ale gdzieś tam po cichu próbują zmienić sposób liczenia długu publicznego. Chcą, aby dług był liczony średnim kursem euro z całego roku, a nie kursem na ostatni dzień roku. 

Co jeśli się nie uda? Co jeśli euro będzie na koniec roku kosztowało 5 zł? Przekroczymy dozwolony próg długu publicznego, a wtedy (być może na znak jakiegoś poważnego "inwestora") jakieś agencje ratingowe z drugiego końca świata obniżą ocenę naszego kraju. Oprocentowanie obligacji poleci w górę. Koszt długu zwiększy się jeszcze bardziej. Aby pokryć ten koszt politycy odciągną jeszcze więcej pieniędzy z gospodarki dobijając ją nieco. Gdy już nie będzie z czego doić, inwestorzy zmienią kierunek otwartych pozycji i wszystko zacznie się powoli podnosić.

Czarny scenariusz? Patrząc na to co się dzieje wkoło mam wrażenie, że żyjemy w jakimś matriksie sterowanym agencjami ratingowymi. Tylko co zrobić, by to jakoś uzdrowić?

Może są to propozycje nierealne, może zbyt drastyczne. Może są bardzo ogólne i do końca nieprzemyślane, ale pierwsze co mi przychodzi do głowy to:

1) Zlikwidować wszelkie agencje ratingowe - są powodem dużego zamieszania i jak już nie raz pokazały, ratingi często mają się nijak do rzeczywistości. Każda decyzja agencji powoduje paniczne ruchy na giełdach. Niech każdy podejmuje decyzje ekonomiczne na podstawie własnej analizy, a nie na podstawie plotek wypuszczanych z agencji.

2) Zlikwidować instrumenty umożliwiające granie na spadki - wiele osób zapewne na tym zarabia i będzie przeciwna. Problem polega na tym, że gdy już wzrosty zaczynają słabnąć i naturalnie zaczynają się spadki, wtedy niektórym inwestorom zależy, by były one jak najszybsze i jak największe. Dla nich oznacza to potężne zyski. Uważam, że gdyby takich instrumentów nie było, dołki i recesje nie byłyby tak duże, a większej ilości osób zależałoby na wzrostach.

3) Zlikwidować możliwość grania dużą dźwignią finansową - wpadł mi do głowy pewien szatański plan. Nie wiem czy jest realny. Może jakiś teoretyk giełdowy to przeczyta i oceni :-) Załóżmy, że mam dość dużą gotówkę, która pozwala mi oddziaływać w pewien sposób na jakiś wskaźnik, dajmy na to na WIG20. Za część kasy kupuję akcje powodując zwyżkę WIG20. Następnie za drugą część kasy obstawiam spadek WIG20 z jak największą dźwignią i pozbywam się akcji, by WIG20 obniżyć. Na normalnym handlu tracę, ale na dźwigni zarabiam więcej. 
Może to dlatego większość osób korzystających z dźwigni traci pieniądze? Wydaje mi się też, że dźwignie są przyczyną większych niż normalnie fluktuacji. Jedni zyskują więcej niż byliby w stanie bez dźwigni, a drudzy zdecydowanie więcej tracą. Rynek fruwa do góry i do dołu i nie bardzo może się uspokoić. Teoretycznie scenariusz taki byłby do wykrycia przez KNF czy inne "agencje" nadzorujące. Tylko kto stoi za nimi?

4) Restrykcyjne kredyty - od kredytów w zasadzie wszystko się zaczęło. W Stanach zaczęto dawać kredyty komu popadnie. Jednak musi być jakiś limit. Dla kredytu hipotecznego powinno być obowiązkowe 15-20% wkładu własnego. To by wyrobiło jakiś nawyk oszczędzania u kredytobiorcy. Dawanie kredytu komuś, kto nie ma w ogóle oszczędności jest jak ruletka. Skąd wiadomo, że ten ktoś w przyszłości będzie w stanie odłożyć cokolwiek skoro do tej pory nie odłożył? Nie będziemy też dzięki temu brali kredytów ponad miarę, bo 20% od domu za 500 tys. to całkiem dużo. Zaczniemy od kawalerki, jak ją spłacimy to zamieszkamy w M3, i tak dalej, aż do domu. Teraz możemy kupić dom, a potem się zastanawiać, czy zwiążemy koniec z końcem gdy np. trafi nam się awaria pieca lub dachu.

Miał być krótki post, a wyszło jak zawsze długo :-) Zachęcam do komentowania i zaznaczam, że to tylko takie luźne przemyślenia spisane na szybko. Po prostu irytuje mnie bezsilność ludzi wobec kryzysu i wydaje mi się, że nikt tak naprawdę nawet nie myśli o wyeliminowaniu prawdziwych jego przyczyn. Wszystkim chodzi głównie o poprawę wskaźników z nadzieją, że jednak to wszystko się jakoś podniesie i dalej będzie się kręcić tak jak się kręciło. A może po prostu fiksuję i zmieniam się w Kaczkę węszącą wszędzie teorie spiskowe?

poniedziałek, 21 listopada 2011

BGŻ Optima - założyłem

Sporo osób rozpisuje się na temat nowej oferty BeGieŻetu. Ja również napiszę, ale nie dlatego, że Optima po prostu się pojawiła, ale dlatego, że jest jakimś tam małym kroczkiem do mojego "Melona" ;-) Przed weekendem założyłem tam konto i czekam na przesyłkę z digipassem, aby móc się zalogować i przetransferować moje lokaty.

Co mi się w tej ofercie spodobało?
- zero opłat
- przeznaczenie konta tylko do celów oszczędnościowych (dla wielu osób jest to zapewne minus)
- prostota oferty (przynajmniej tak mi się na razie wydaje; nie widać żadnych kruczków, ani niepotrzebnych komplikacji, no może poza jedną, o której dalej, związaną z digipassem)
- oprocentowanie lokat najlepsze, jak na razie, na rynku (6,48%)
-oprocentowanie samego konta jest lepsze od lokaty jednodniowej np. mBanku i wynosi 4,6%

Co mi się niezbyt spodobało? (bo nie mogę powiedzieć, że są to jakieś potężne minusy)
- digipass - czyli token, który jest potrzebny do zalogowania się na koncie; nie wydaje mi się aby był potrzebny skoro można zdefiniować tylko jeden przelew na nasze konto powiązane; jeśli nawet ktoś mi się włamie na konto to co zrobi? przeleje pieniądze na moje drugie konto? zlikwiduje mi lokatę? a może założy nową? myślę, że standardowe zabezpieczenie hasłem wysyłanym na telefon spokojnie by wystarczyło
- ilość lokat - można założyć jedynie 8 lokat, ale to pewnie mechanizm obronny przed optymalizatorami, którzy najchętniej założyliby 100 lokat po 1043 zł :-)

Zobaczymy jak to będzie wyglądało od środka. Ok. 2 lata temu zlikwidowałem wszelkie zbędne konta, karty i inne śmieci i bronię się przed zakładaniem jakichkolwiek nowych wynalazków z dziesięcioma gwiazdkami rozpisanymi mikroskopijnym drukiem na końcu regulaminu, dlatego jestem bardzo sceptycznie nastawiony również do Optimy. Jak tylko znajdę jakiś haczyk, tudzież zwykłą wadę, nie omieszkam o tym tu napisać.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Bilans nr 18 na 6 listopada 2011

Dziś niespodzianka! Nowa pozycja w bilansie. Skąd się wzięła? Na początku roku zarejestrowałem się w serwisie, w którym zbiera się punkty za wypełnianie ankiet. Skoro sprawdzam po kolei różne mity dotyczące zarabiania w sieci, tudzież innych sposobów szybkiego wzbogacania się, trzeba było sprawdzić i ten. Czy jest opłacalny? Sami oceńcie. Zarejestrowałem się na początku tego roku. Dostaję średnio ok. 1 ankietę na miesiąc, której wypełnienie trwa ok. pół godziny. Na wstępne pytania odpowiadam zawsze uczciwie, dlatego kwalifikuję się tylko do ok. 30-40% ankiet. W sumie poświęciłem temu ok. 4-5 godzin, za które (po uzbieraniu odpowiedniej ilości punktów) dostałem 32 zł. Stawka słaba i w zasadzie nie widzę potencjału na więcej niż 64 zł w ciągu roku. Malutko, ale zawsze to kilka złotych do przodu niewielkim kosztem.

Drugi punkt tego miesiąca warty odnotowania to malutki ruch w akcjach, które nabyłem jakiś czas temu, po największych spadkach z myślą o dywidendach. Nie pisałem o tym, bo wiem z własnego doświadczenia, że ludzie jak zobaczą u kogoś wynik dodatni na GPW, to potrafią się kierować takimi wpisami, a nie chcę nikogo wpakować na minę. Przecież nie od dziś wiadomo, że gracz giełdowy ze mnie marny, a ten plus w bilansie jest skutecznie niwelowany przez straty, które trzymam :)

Co się zatem wydarzyło w akcjach? 254,21 zł pochodzi z dywidendy z 4 różnych spółek. Jedną z nich było PZU, które w tym tygodniu sprzedałem z niewielkim zyskiem (+38,81 zł). Reszta czeka na lepsze czasy. Jak się jakichś akcji pozbędę, to o tym napiszę.

Standardowe odsetki pozwolą mi na kolejne mini-inwestycje na kokosie, a standardowo odłożona kwota 1700 zł wędruje standardowo na lokatę. To na dziś tyle. Dobranoc :-)


czwartek, 27 października 2011

Kokosowe inwestycje strukturyzowane

Po kilku porażkach inwestycyjnych czas na kolejną próbę zbudowania czegoś lepszego od zwykłej lokaty. Jakiś czas temu pod lupę wziąłem tzw. pożyczki społecznościowe. Pojawiły się one w Polsce stosunkowo niedawno, dlatego nie ma jeszcze wystarczająco informacji na temat tego jak sprawdzają się w rzeczywistości. Niektórzy twierdzą, że jest to miejsce idealne dla naciągaczy, którzy  po kilku mniejszych, spłaconych pożyczkach biorą większą i... znikają. Są jednak osoby, które z powodzeniem inwestują na Kokosie całkiem spore pieniądze, osiągając często stopy zwrotu powyżej 20% rocznie.

Co jednak zrobić, aby nie stracić? Po pierwsze trzeba dobrze dobierać pożyczkobiorców i zdywersyfikować pożyczki. Ja postanowiłem na początek nie inwestować w jedną aukcję więcej niż 50 zł. Prawda jest jednak taka, że nigdy do końca nie wiadomo, czy osoba po drugiej stronie nie wpakuje się w jakieś problemy, nie straci pracy, itd. Co w takim razie zrobić, by inwestycja przypominała lokatę strukturyzowaną o stuprocentowo pewnym zwrocie kapitału? Część zysku musi pochodzić z pewnego źródła i tak też będzie u mnie. W pożyczki społecznościowe zainwestuję tylko i wyłącznie to, co zarobię na odsetkach z lokat. W tej chwili jest tego niecały tysiąc złotych, ale nie będę tego inwestował na raz. Czekam na dobre okazje.

Na jednym z blogów ktoś wyliczył, biorąc pod uwagę liczbę niespłacanych pożyczek, że statystycznie wychodzi się podobnie jak na lokacie. Jednak nie do końca tak jest, bo po pierwsze spłacane raty można reinwestować, więc osiąga się wyższe zyski, a po drugie - to że ktoś nie spłaca długu, nie znaczy, że my go od razu musimy spisać na straty. Co mnie zachęciło do tych pożyczek, to to, że okres przedawnienia długu w stosunku do osoby fizycznej wynosi 10 lat. W tym czasie lecą odsetki karne, a pożyczkobiorca ma czas, by nieco się podnieść i wtedy... nasyłamy komornika :-) Dług można zawsze windykować, można odsprzedać, można samemu starać się go odzyskać. W takich kwestiach potrafię być bezwzględny, więc myślę, że będę dobrym lichwiarzem ;-)

Mimo pierwszych udzielonych pożyczek i nawet kilku spłaconych już rat, pierwsze informacje na temat zysków z tego źródła pojawią się najwcześniej za kilka miesięcy, ponieważ będę dopisywał zyski dopiero po spłaceniu całego kapitału. Za rok przekonamy się, czy będzie to mój kolejny inwestycyjny niewypał :o)

czwartek, 13 października 2011

Bilans nr 17 na 6 października 2011

Nikogo chyba już nie dziwi, że podsumowanie jak zwykle spóźnione, ale czasu brak. Kto ma dzieci ten wie jak to jest tuż po narodzinach. Mimo wolnego od pracy czuję się jakbym robił co najmniej półtora etatu, z czego część przypada na nocki. Ponadto codziennie okazuje się, że coś trzeba dokupić, czegoś brakuje, coś innego właśnie się kończy. Od narodzin nie było dnia, aby nie poleciało co najmniej 50 zł na wydatki na malucha. Mimo to odkładam standardową kwotę i dopisuję odsetki. I to na dziś tyle.

piątek, 9 września 2011

Co tam panie w polityce, czyli z rozmów podsłuchanych...

Duża częstotliwość latania samolotami ma to do siebie, że wiąże się często z napotykaniem różnych dziwnych postaci, począwszy od gwiazd sportu, piłkarzy, koszykarzy, poprzed gwiazdy ekranu telewizyjnego, a na znanych politykach kończąc. Chociaż nie... za politykami ciągnie się jeszcze ogromna grupa ludzi. Kompletnie nieznana, ale sprytnie doczepiona jakimś cudem do koryta i latająca do Brukseli na nasz koszt. I co ma ta grupa do powiedzenia?

Całej rozmowy niestety dokładnie nie przytoczę, mimo że miała miejsce jakieś pół godziny temu, ale podzielę się z Wami dwoma najciekawszymi fragmentami. Pierwszy fragment dotyczył wydatków jednego z działów/resortów (nie znam niestety dokładnego podziału naszej krwiopijczej, urzędniczej machiny) i brzmiał: "Tak im się dobrze wydawało, że wydali więcej niż mieli". W naszej finansowej blogosferze wszyscy wiedzą, że jeśli wydatki przekraczają przychody, to nie jest powód do śmiechu. W tym jednak przypadku pani wypowiadająca te słowa wyglądała jakby właśnie opowiedziała dowcip roku. Zaserwowała sobie i współtowarzyszom podróży potężna dawkę humoru. Oby ten dowcip nie skończył się za parę lat takim płaczem jak w Grecji.

Później temat zszedł na nieco luźniejsze tematy, czyli branie udziału w różnego rodzaju konferencjach. Jedna z konferencji będzie podobno miała niedługo miejsce w Trójmieście. Młody, odpicowany, "podkrawatowany" urzędnik pyta:
- "A to nie było bardziej wakacyjnych terminów na wyjazd nad morze?"
Odpowiedź bardziej doświadczonej pani (tej od dowcipu o zbyt dużych wydatkach):
- "W wakacje wszyscy są na wakacjach. A tak w ogóle, to wy tę konferencję organizujecie. Wasza agencja. My tylko wam dajemy pieniądze, bo sami formalnie nie możemy tego finansować".
Przebiegłość urzędnicza nie zna granic.

Nie będę wnikał z jakich opcji były te osoby. Zanim ktoś zacznie krzyczeć, że PO to jest taka i owaka, a PiS to siaki i nijaki dodam, że  wszystkie partie zachowują się tak samo jak tylko dochodzą do władzy. Czasem nie włączam telewizora przez tydzień lub dwa, żeby o tym nie słuchać, a jak na złość wtedy atakują mnie takie informacje na żywo. Po prostu nóż się sam w kieszeni otwiera, by odciąć pijawkę od połowy moich rocznych dochodów, które znikają gdzieś w "konferencyjnej" odchłani.

Zdecydowanie wolę samolotowe spotkania takie jak w poniedziałek, kiedy dowiedziałem się od jednej z gwiazd polskich oper mydlanych i filmów pseudokomediowych, goszczącej bardzo często na stronach pudelka, czy w "Tańcu z gwiazdami", że nie ma zamiaru ścinać włosów swemu synkowi, mimo tego, że większość ludzi myśli, że ów synek jest dziewczynką.

Może powinienem przerzucić się z Parkietu i Bankiera na Pudelka i Plotka?

wtorek, 6 września 2011

Bilans nr 16 - 6 września 2011

No i minął rok blogowania... Wypada to jakoś podsumować.

1) O celu


Cel, który założyłem rok temu nie był jakiś bardzo wygórowany. Od początku twierdziłem, że nie chcę rezygnować z normalnego, dość wygodnego życia kosztem kolejnych, uciułanych pieniędzy. Mimo tego odłożyłem więcej niż planowałem i w tym miesiącu blogowy portfel przekroczył 30 tys. zł, co oznacza ponad 20 tys. zł oszczędności przez rok. Nie jest źle, ale zawsze mogłoby być lepiej. Na kolejny rok założyłem cel podobny, czyli kolejne +20 tys. i przekroczenie 50 tys. zł. Teoretycznie powinienem zwiększyć cel, by był jakiś postęp, ale niestety warunki, w których przyjdzie mi cel realizować zamiast się polepszać, pogarszają się.

2) O etacie


Co tu dużo gadać... 93,9% pieniędzy pochodzi właśnie z tego źródła. Niestety wizja awansu nieco się oddaliła, więc nie przewiduję większych zmian przez najbliższe pół roku. Składa się na to sporo czynników. Począwszy od sytuacji gospodarczej na świecie, po moją prywatną sytuację, przez którą mniej angażuję się w pracę. Na szczęście pracuję w firmie, w której rozumieją, że czasem trzeba położyć większy nacisk na życie prywatne niż na ślepe oddanie się firmie.

3) O samozatrudnieniu/biznesie

Firma wciąż zawieszona i wciąż mam nadzieję, że za jakiś czas ją reaktywuję. Pewne pomysły mam, ale brakuje wiary, że "zaskoczą". Na coś większego brak jeszcze kapitału. Jest też oczywiście lekki strach przed ewentualnymi stratami, ale nie jest to strach paraliżujący, więc może za jakiś czas się zmobilizuję.

4) O akcjach

Pisałem o tym, że parę lat temu lekko sparzyłem się na akcjach. Zrobiłem drugie, również bardzo ostrożne podejście do GPW i wygląda na to, że nie jest to miejsce dla mnie. Nie ta psychika. Wprawdzie w podsumowaniu widnieje, że zarobiłem prawie 800 zł na akcjach, ale po pierwsze, zarobiłem je głównie na debiutach, a po drugie portfel nie uwzględnia jeszcze strat, które narosły na koncie po ostatnich spadkach. Jako ciekawostkę podam fakt, że sytuacja lubi się powtarzać. Poprzednio, gdy powoli przekonywałem się do giełdy i w końcu zdecydowałem się zagrać sytuacja była podobna. Trzask, prask, bessa, krach, kryzys i mega wielkie spadki. Może to ja tak działam na giełdę? ;) Tym razem jednak będę czujny i obserwuję giełdę nadal. Analizuję, szukam, sprawdzam i bardzo możliwe, że jak już się wszystko uspokoi, to wejdę w jakieś papiery.

5) O odsetkach

Stanowią 3% całego portfela. Niewiele, ale skłaniam się ku stwierdzeniu, że po etacie jest to dla mnie najlepsza forma przychodów. Chociaż pełni to raczej funkcję ochrony przed inflacją. Powoli i stabilnie do góry. Bez stresu. Wprawdzie mógłbym wyciągnąć więcej, ale jakoś nie mam weny do optymalizowania lokat i zakładania ich w różnych bankach.

6) O forex'ie

Forex zniknął z moich wpisów już dawno. Nie zniknął jednak w głowy. Co jakiś czas wpadam na pomysł jakiejś strategii i próbuję ją zaprogramować. Co ciekawe zaprogramowałem nawet strategię, która przynosiła przyzwoite zyski na danych historycznych, bardzo ładnie łapiąc trendy. Następnie testowałem ją kilka dni na demie i działała zaskakująco dobrze. Wtedy odpaliłem ją na koncie realnym. I co się wtedy stało? Otóż nastąpiło trzęsienie ziemi w Japonii i strategia zaczęła przynosić straty więc ją wyłączyłem. Jak jest teraz każdy wie. Rynek wciąż szaleje. Nawet dziś Szwajcaria interweniowała co spowodowało potężne ruchy również na eurodolarze. O jakichkolwiek większych trendach nie ma mowy. Wymyśliłem wprawdzie inną strategię, która na danych historycznych również jest strategią zyskowną i przynosi lepsze rezultaty właśnie w czasach takiego rozchwiania, ale w tym przypadku potrzebny jest duży depozyt, na który się nie odważę.

Jeśli chodzi o ręczną grę opartą na tzw. doświadczeniu, to wygląda to tak jak zawsze. Małymi krokami do przodu, do przodu, do przodu, a potem sru... w dół. I tak w kółko. Póki co robię sobie chwilę przerwy od forexu, bawiąc się jedynie w kolejną edycję konkursu Forex Ball.

7) O reklamach

Rok temu pisałem, że robię mały eksperyment. Założyłem wtedy (aczkolwiek o tym nie pisałem), że reklamy na blogu będą wisieć przez rok. Starałem się w żaden sposób nie wpływać na klikanie przez odwiedzających. Tylko raz napisałem o tym, że nikt nie klika i w tym samym dniu pojawiły się 3 kliknięcia. Jaki jest rezultat? 6,33 dolara. Kilkanaście złotych przez rok. Jestem w stanie uwierzyć, że blogi, które mają kilka tysięcy odwiedzin w miesiącu są w stanie zarobić trochę więcej, ale większość mało popularnych blogów zarabia głównie tworząc kółka wzajemnej adoracji i klikając wzajemnie na swoje reklamy. Tym samym eksperyment uznaję za zakończony i wywalam reklamy z bloga.

8) O ankietach

To też postanowiłem przetestować, bo często mam duży luz w pracy i mogę na nie poklikać. Chciałem wiedzieć czym się podniecają blogerzy pisząc o tej formie zarobku. Spośród kilku firm podsyłających ankiety tylko jedna przypadła mi do gustu. Inne albo oferowały marne szanse na nagrody (np. udział w losowaniu nagród), albo chciały wyciągnąć ode mnie zbyt prywatne informacje. Wypełniając ankiety uczciwie widzę szansę zarobku ok. 30-50 zł raz na półtora, może dwa lata. Marne perspektywy. Chyba, że ktoś ma zacięcie, by reklamować te ankiety i rozsyłać linka z refem.

9) O blogowaniu

Początkowo mnie wciągnęło i bardzo mi się spodobało. Później przyszły momenty, w których niekoniecznie miałem ochotę pisać. Czasem brakuje tematów, czasem zwykłej motywacji. Czasem miałem pomysł na wpis, ale później z niego rezygnowałem. Gdy tylko napisałem, że średnio mam o czym pisać, od razu pojawiły się głosy, żebym się nie zmuszał i sobie darował. Ja jednak trwam uparcie w swoim założeniu, bo czasowe zniechęcenia nie powinny wpływać na realizację głównego celu.

To co najbardziej mi się podoba w blogowaniu to dialog. To, że każdy może wypowiedzieć się pod moim wpisem, a ja mogę na to odpowiedzieć. Nie muszę mieć miliona czytelników i miliona wpisów. Wystarczy mi kilku, z którymi będę mógł sensownie "porozmawiać". Gdy komentuję inne blogi wracam zawsze za jakiś czas by zobaczyć, czy autor mi odpowiedział. Da się zauważyć, że im bardziej blog jest nastawiony na reklamy, tym mniejsze są szansę na odpowiedź. W końcu po co marnować czas na komentarz, skoro można wyprodukować w tym czasie kolejny opis lokaty. Przecież ludzie codziennie wpisują w "gugla" nazwy banków. To najlepszy sposób na przyciągnięcie widzów.
Ja na blogi o lokatach wchodzę coraz rzadziej. Wolę takie bardziej życiowe. O tym jak ludzie odkładają i zarabiają pieniądze. O tym jak tracą też, ale wbrew polskiej naturze, straty innych ludzi mnie martwią, a nie cieszą. Mogę w zasadzie powiedzieć, że trochę się identyfikuję z wieloma blogerami. Wielu z nich jest młodszych lub jest w stanie odkładać znacznie mniej niż ja, więc w drugą stronę pewnie to nie działa i oni nie identyfikują się ze mną :) No ale kiedyś byłem w tym miejscu, w którym są oni. Mimo pewnych różnic wcale nie jestem od nich dużo dalej. Zadziwiające, że tak bardzo chcemy w życiu coś zmienić, a potem się okazuje, że i tak jedziemy w tym samym kierunku co cała reszta, tylko być może na torze, który jest nieco obok.

Na koniec tego punktu chciałem bardzo podziękować wszystkim wiernym czytelnikom, zwłaszcza tym komentującym. Myślę, że wraz z nastaniem jesieni będę więcej czasu spędzał przed komputerem i powrócę do normalnej intensywności pisania i komentowania.

10) O życiu prywatnym

Zbyt wiele w tej kwestii nie chcę pisać, ale też nie mogę tego tematu całkowicie zignorować. Dlaczego? Bo wiele osób za główny cel obiera zbieranie kapitału zapominając o życiu, które ucieka przez palce. Przez ten rok oprócz odkładania pieniędzy do portfela blogowego odkładałem też pieniądze na inne cele. Po dość długim czasie w końcu mam odremontowane mieszkanie i kupiłem wszystkie większe meble jakie potrzebuję. Odpocząłem też należycie. Przez 3 ostatnie miesiące wziąłem 4 tygodnie wolnego, które w większości wykorzystałem na podróże i hobby.

Ktoś kiedyś powiedział, że jednym z warunków bycia szczęśliwym jest wizyta przynajmniej raz do roku w jakimś nowym miejscu. Zrealizowałem to jak zawsze. Przez zimę zawsze staram się odłożyć trochę pieniędzy na lato i teraz te pieniądze wykorzystałem. Wydałem przy tym zdecydowanie mniej niż zazwyczaj wydaję na siebie, a za to uszczęśliwiłem dwie inne osoby zabierając je na wakacje. To też było ciekawym doświadczeniem. Człowiek przyzwyczaja się szybko do lepszego standardu życia. Dla mnie był to zwykły wyjazd jakich w roku robię sobie kilka, a dla tych osób było to coś niezwykłego i na każdym kroku podkreślały jak bardzo się z tego cieszą. Warto czasem spojrzeć z innej perspektywy na to, co mamy na co dzień.

Poza tym w tym miesiącu powinien pojawić się nowy członek rodziny. Zabrzmi to pewnie bardzo egoistycznie jeśli napiszę, że to oznacza dodatkowe koszty, no ale blog jest w końcu o finansach :) Rozważam chwilowy powrót do dopłat w wysokości 1500 zł, zamiast 1700 zł. Ciągle jednak bronię się przed cofnięciem. Najbliższe tygodnie pokażą jak bardzo wpłynie ta sytuacja na mój budżet.

Póki co odkładam 1700 zł.

A na koniec mały wykres, który zrobiłem. Prosty, nudny, wręcz banalny, ale mam nadzieję, że nadal będzie podążał w tym samym kierunku.

piątek, 19 sierpnia 2011

Bilans nr 15 - 6 sierpnia 2011

Ależ się spóźniłem z wpisem podsumowującym lipiec! Nieładnie! No ale cóż zrobić. W domu była mała rewolucja czyli drugi etap remontu, a później tydzień urlopu. Gdy już wszystko się uspokoiło to dodałem jeszcze kilka dni opóźnienia od siebie. Dlaczego? Aby wpis ten ukazał się dokładnie po roku od zrobienia przeze mnie pierwszego bilansu. Wprawdzie blogowi rok stuknie dopiero za 10 dni (jak widać nawet pierwszy wpis miałem opóźniony;) ), ale pierwsze podsumowanie w Excelu zrobiłem 19 sierpnia 2010 roku.






Krótko na temat lipca. Oprócz odłożenia standardowej kwoty dodałem tylko odsetki od lokat. Żadnych ruchów na akcjach nie było, czyli nic nie sprzedałem. Wszystko leciało jak szalone w dół, ludzie panikowali, krew się lała, a ja spokojnie byczyłem się nad jeziorem. Jak się uspokoi lub poleci jeszcze w dół to może coś dokupię. Póki co muszę się jakoś zorganizować, bo na karcie kredytowej pojawiła się rekordowa kwota 7 tys. na minusie. Wprawdzie wszystkie wydatki są pod kontrolą, ale muszę spłaty wszystkich rachunków i karty jakoś ogarnąć i zsynchronizować  z wypłatą i innymi wpływami żeby niepotrzebnie nie likwidować jakichś lokat.

Teraz krótkie spojrzenie na bilans sprzed roku. Wyglądał zupełnie inaczej niż teraz, ale naistotniejsza jest suma portfela. 7721,66 zł przed rokiem. Teraz 28611,99 zł. Różnica 20890,32 zł. Wychodzi 1740,86 zł na miesiąc. Nie da się ukryć, że nie wykształciłem przez ten rok innych sposobów zarobku niż etat, ale całe szczęście, że nie uległem komentarzom zachęcającym do większego zaangażowania w akcje, bo byłbym teraz zdrowo w plecy.

Póki co będę kontynuował bezpieczne odkładanie kasy, bo z taką sumą na razie za wiele nie zwojuję. Zresztą przydałaby się też jakaś stabilizacja na rynku, bo rozkręcanie jakiegokolwiek biznesu w obecnej sytuacji wydaje się dość ryzykowne. Cały czas myślę o własnym biznesie i próbuję zarażać swoimi pomysłami znajomych, aby rozłożyć ryzyko i mieć jakieś wsparcie. Niestety te osoby, z którymi byłbym gotów wejść w spółkę popakowały całą kasę w domy, albo ich kobiety radzą sobie z dystrybucją całych dochodów, albo nie chcą poświęcić wolnego czasu kosztem rodziny, albo wszystkie te 3 czynniki się nakładają. Jedna osoba z kolei, której coś tam napomknąłem o jednym z moich pomysłów była bardzo chętna, ale w tym przypadku akurat ja obawiam się, że nie dogadamy się jeśli chodzi o koncepcje.

Ostatnio pisałem też o tym, że osiągnąłem cel roczny i trzeba pomyśleć nad nowym. Aby było okrągło postanowiłem właśnie, że celem na sierpień następnego roku będzie 50 tys.

poniedziałek, 18 lipca 2011

E-book, czy E-Bóg? "Bóg, pieniądze i giełda!" moimi oczami

Niedawno skończyłem czytać e-book'a pt. "Bóg, pieniądze i giełda!", którego otrzymałem od jego autora, Bartłomieja Zielińskiego. Na początku chciałem napisać dyskretnego maila z ewentualnymi moimi przemyśleniami, ale z każdą stroną było tego więcej i więcej, dlatego postanowiłem napisać o tym tu. Nie do końca jestem pewien, czy dobrze robię ponieważ już od pierwszych miesięcy pracy zawodowej wpajano mi, że "z klientem nie poruszamy tematów polityki i religii". Nawet w osobistym życiu zasada taka sprawdza się dość dobrze. Nie raz widziałem kolegów, wujków, czy nawet obcych ludzi, którzy zaczynali konwersację w miłej atmosferze, a kończyli wielką kłótnią, bo ktoś jest za, a ktoś jest anty.

Cóż... raz się żyje! Na początku będzie ostro ;) Według mnie łączenie Boga oraz pieniędzy jest pomysłem kompletnie absurdalnym. Najchętniej zaprezentowałbym tutaj swoją małą teorię na temat religii, ale ponieważ istnieje szansa, że ktoś zacznie to podciągać pod paragrafy dotyczące obrażania uczuć religijnych, postaram się ograniczyć do polemiki z autorem na podstawie kilku fragmentów e-book'a. Swoją drogą to nie podoba mi się mocno paragraf o obrażaniu uczuć religijnych, bo działa tylko w jedną stronę. Wg mnie wszystkie religie są rodzajem psychologicznej manipulacji, kompletnie nie trzymają się kupy, nie są w żaden naukowy sposób udowodnione i jako takie w zasadzie mogłyby obrażać moją zdolność logicznego myślenia i kojarzenia faktów. Jeśli jednak ktoś chce w cokolwiek wierzyć, to ja to akceptuję, tak samo jak akceptuję wszystkie inne ludzkie wybory i preferencje nie mające negatywnego wpływu na moje życie.

Przejdźmy do fragmentów, które mnie "tknęły".

Fragment piewszy:
"Czy wiesz, że w Biblii znajdziesz ponad 2300 wersetów na temat pieniędzy i dóbr materialnych, podczas gdy np. tematykę związaną z modlitwą i wiarą znajdziesz jedynie w ok. 1000 wersetów?"

To mogłoby świadczyć w jakim celu została napisana. Dziś mamy pana Kiyosaki i innych, którzy sprzedają marzenia za pieniądze. W tamtych czasach obiecywano ludziom życie wieczne, obiecywano raj. Dlaczego? Aby usprawiedliwić ich ziemskie nieszczęścia, aby wytłumaczyć im dlaczego mają pracować na innych i żyć w ubóstwie (u-bóstwo - dziwny zbieg okoliczności, że tak to się nazywa? ;) . Wtedy trzymało to ludzi w ryzach, a rządzący i księża żyli spokojnie w dostatku. Jeśli ktoś nie wierzył, to w imię Boga można było takiego kogoś unicestwić. Dziś już tak to nie działa. Ludzie strajkują, wychodzą na ulicę gdy jest im źle. Cały czas jednak powtarza się, że jeśli będą zbyt chciwi, to nie pójdą do nieba. Tymczasem kościół stał się największą korporacją na świecie. Ma posiadłości warte miliardy, a proboszcz zza płotu jeździ prawie trzylitrową "audicą". Nie musi oszczędzać na paliwie tak jak robi to większość bloggerów, których obserwuję, bo wierni i tak mu zatankują.

Fragment drugi:
"Nie pracuję już dla siebie i swojej wygody. Moim szefem nie jestem ja, nie jest pracodawcą, moim szefem jest Bóg. .... W czasie prowadzenia biznesu internetowego, wcale tak nie uważałem. Myślałem, że szefem jestem ja z rodzeństwem, dlatego jako główny opiekun(czyt. menedżer) w firmie, jako wyżej postawiony, traktowałem innych z góry. Chciałem, żeby mnie słuchano, chciałem innych kontrolować."

Dobrze, że autor zrozumiał swoje nieprawidłowe podejście do pracowników, ale obawiam się, że prawidłowe podejście do zarządzania jest wynikiem dojrzałości, zdrowego rozsądku i szacunku do innych ludzi, które moim zdaniem nie są wynikiem silnej wiary. Do tego takie cechy często posiadają ateiści. Miałem przyjemność pracować z wieloma bardzo dobrymi menadżerami i im bardziej ludzkie mieli podejście, tym lepiej. Im bardziej wierzących ludzi spotykałem, tym gorsze miałem odczucia. W życiu prywatnym i zawodowym największe przykrości jakie mnie kiedykolwiek spotykały pochodziły zazwyczaj od ludzi silnie wierzących. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że co by się nie działo, czy dobrego, czy złego, to człowiek wierzący dopasuje to do "woli Boga" lub pójdzie się wyspowiadać, a do tego zieje nienawiścią do osób mających inne poglądy niż oni sami. Wiele razy byłem w życiu zszokowany zachowaniem silnie wierzących i praktykujących ludzi, zaczynając od staruszek, które kasowały kosmiczne pieniądze od biednych studentów za kawałek piwnicy w ich domu, w której panowała temperatura 10 stopni, poprzez kiboli, którzy bili bezbronne kobiety i dzieci mając na szyi złote łańcuchy z krzyżykami, aż do człowieka, który po nieumyślnym spowodowaniu śmierci innego człowieka opowiadał o tym przy piwie, z uśmiechem na ustach, swoim kolegom. Może odbiegam trochę od głównego tematu, ale pisanie przez autora, że upadek firmy był karą za chciwość jest cokolwiek dziwne. A czy wszyscy pracownicy tej firmy też coś przeskrobali i dlatego stracili źródło utrzymania? Czy wszystkie wielkie biznesy są prowadzone przez ludzi uczciwych i wierzących, a chciwi zostali pokarani? Na jakiej podstawie Bóg wybiera tych, których będzie uświadamiał, a innych oleje - niech sobie żyją w chciwości wyzyskując innych? Życiem częściowo rządzi przypadek, ale ogólnie to silniejszy lub sprytniejszy wygrywa.

Fragment trzeci:
"Warto oddawać część zysków giełdowych potrzebującym. 10% zysków to takie minimum, jakie warto przeznaczyć na dobre cele."

Brzmi to podobnie jak propozycja jednej z bloggerek, która za klikanie w reklamy na swojej stronie zobowiązywała się wpłacać 10% dla chorej dziewczynki. 90% jednak zabierała sobie tak naprawdę za nic, a reklamodawcy, czyli ludzie przedsiębiorczy, którzy uczciwie pracują i się starają tracą na tym. No ale bloggerka ma zapewne spokojniejsze sumienie.
Na giełdzie aby zarobić, ktoś inny musi zazwyczaj stracić. Taka niepotwierdzona statystyka mówi, że 90% osób traci. Te osoby sprowadzone są w e-book'u do chciwych ludzi, którzy nie przykładają się do analizy spółek. Zarabiając na giełdzie zabieramy pieniądze innym osobom, które kupią od nas akcje na górce, a potem być może stracą. Niezbyt chrześcijańskie podejście. Być może wpakują się tak rodzice, którzy chcą zarobić większe pieniądze na utrzymanie czy edukację swojej rodziny, ale podczas procesu nauki inwestowania nie doszli jeszcze do tego etapu co autor. Być może nie są wcale tacy źli i chciwi. Po prostu próbują, ale są w tej grze trochę gorsi od nas, a my ich pozbawimy pieniędzy i oddamy 10% "potrzebującym", którzy nie robią nic, by zmienić swój status na lepszy. 

Wg e-book'owego scenariusza zarabiamy jakąś kwotę, bo jesteśmy akurat na rynku najlepsi. Zabieramy ją tym, którzy próbują coś robić, ale są gorsi od nas. Zabieramy z tego 90% sobie, a 10% dajemy tym, którzy są gorsi w staraniach nawet od tego, któremu zabraliśmy. Bawimy się w Boga "przelewając" dobra od średniozamożnych do najbiedniejszych, zabierając przy okazji 9 razy więcej dla siebie. W zasadzie to tak działają religie i socjalizm od zawsze. Do mnie to nie przemawia. Zawsze pomagałem aktywnie każdemu, kto tego potrzebował, ale rozdawać ot tak po prostu nie lubię.

Tyle na temat części pierwszej. Podsumowując - czytałem z zaciekawieniem, popieram zachowania prezentowane przez autora, ale kompletnie nie rozumiem nadinterpretacji religijnych w temacie finansów.   Teraz czas na tę lepszą moim zdaniem część.

Giełda i pieniądze

Po lekturze pierwszej części przeskakujemy jakby do innego świata. Logicznego, popartego faktami. Rzeczowo i na temat opisany jest sposób wyboru do portfela spółek giełdowych. Co bardzo mi się podoba jest to sposób prosty, a ja jestem wielbicielem metody KISS, czyli Keep It Simple Stupid. Proste rozwiązania zawsze były najlepsze. Nie oznacza to oczywiście, że prosty oznacza szybki. Analiza jest czasochłonna i trzeba w nią włożyć sporo pracy. Nie opiera sie jednak na kosmicznych równaniach, w których lubują się akademiccy teoretycy. Wszystko jest napisane przystępnym językiem, zrozumiałym dla każdego, w przeciwieństwie do wielu książek o analizie spółek giełdowych, które zrozumieją jedynie doktoranci na ekonometrii. Wiele z tych rzeczy wiedziałem już wcześniej, bo w tematyce giełdy poruszam się od paru lat, ale z pewnością dużo mi ten e-book rozjaśnił i mam nadzieję podrzucił kilka brakujących elementów tej skomplikowanej układanki. Z całą pewnością poleciłbym tę część e-book'a każdemu, zarówno początkującemu jak i bardziej zaawansowanemu graczowi giełdowemu. Razem z kilkoma innymi książkami o tej tematyce może stanowić ciekawą podstawę do nauki inwestowania.

Z jednej strony nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów z tego e-book'a, bo nie w tym rzecz, a z drugiej trochę mi głupio, że na temat tej wartościowej, z czysto finansowego punktu widzenia, części wypowiadam się znacznie krócej, niż na temat części pierwszej. Nie chcę jednak psuć przyjemności czytania potencjalnym odbiorcom. Napiszę zatem jeszcze raz, że polecam tę książkę. Zarówno wierzącym, jak i ateistom. Zachęcam do kontaktu z Bartłomiejem, by dostać ją na maila. Odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Wprawdzie, jak już napisałem wcześniej, dziwnym jest dla mnie mieszanie dość osobistego tematu jakim jest wiara z finansami, ale przeczytać warto. O ile niektóre elementy a la Kiyosaki, na które jestem trochę uczulony (motywacyjny, amerykański "bullshit", zachęcanie do aktywności, działania, budowania kapitału, itp.) są do przyjęcia w takiej książce w ramach wstępu, tak rozważania religijne są z mojego punktu widzenia tematem na zupełnie odrębną książkę. Myślę jednak, że autor doskonale zdaje sobie z tego sprawę skoro przygotował płatną wersję pozbawioną części religijnej :)

Na koniec jeszcze tylko link do informacji na temat e-book'a.