piątek, 11 marca 2011

Tydzień z życia etatowca

Dzień 1 
Poniedziałek

Pobudka o 7 jest dla mnie czymś niezbyt naturalnym. Zazwyczaj śpię dłużej, ale tym razem musiałem pojechać do banku, by wypłacić trochę waluty. Laptop w rękę, mały plecak na plecy i w drogę. Temperatura około zera, więc na przystanku tramwajowym ratuję się rękawiczkami i czapką, bo nie nałożyłem cieplejszej, zimowej kurtki. Szybka transakcja w banku i zamawiam taksówkę. Czekając łapię kilka promieni słonecznych wschodzącego znad kamienic słońca.

Jadę na lotnisko. Godzina 9, czyli w zasadzie zaczynam pracę. Odprawa przebiega mniej sprawnie niż zazwyczaj, bo akurat w tym samym czasie tłum ludzi leci do Londynu (taksówkarz, z którym jechałem określa te osoby mianem: "słoiki"), a drugi tłum ludzi ich żegna. Na szczęście ja nie lecę do Londynu. Mijam wszystkich i zaszywam się w saloniku gdzie oprócz mnie jest tylko jeden pasażer. Czas nadrobić zaległości w czytaniu książek. Kolejne godziny spędzam głównie na czytaniu i jedzeniu przekąsek w samolocie.

Ok. godz. 15 samolot schodzi do lądowania. Na moje nieszczęście zaczęła się wiosenna terma. Samolotem rzuca, raz do góry, raz do dołu, czasem na boki. Co jakiś czas słychać wśród pasażerów: "oooo", "aaaaaa", czasem wesołe "łochooo". Na paralotni lub szybowcu takie ruchy powietrza to marzenie, ale w Boeingach i Airbusach niestety źle to znoszę. Na szczęście przez ostatnie 3 lata zdarzyły mi się tylko dwa takie loty. Zlany zimnym potem, półprzytomny, ale zadowolony, że nie puściłem pawia opuszczam samolot. Pocieszam się, że połowa pasażerów wygląda tak samo fatalnie jak ja. Szybko znajduję zaciszne miejsce i kładę się na siedzeniach w terminalu. Do następnego lotu mam 1,5 godziny, które spędzam w pozycji horyzontalnej przysypiając lub zastanawiając się jak przetrwam kolejny lot. Na szczęście cały kolejny lot udało mi się przespać.

Godz. 19:30. Z opóźnieniem ląduję w miejscu docelowym. Znajduję postój taksówek i jadę do hotelu. Nadal czuję się średnio, więc nie wychodzę z hotelu. Udaję się tylko do hotelowej restauracji. Ku mojemu zdziwieniu kelnerka ni w ząb nie zna angielskiego. Nie wiem jak to możliwe w czterogwiadkowym hotelu. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Ze wszystkich nazw i składników znała chyba tylko jajko (egg). Ludzie! Uczcie się przynajmniej tego jednego języka. Jest łatwy i jakże przydatny.

Przed snem przeglądam co dziś wydarzyło się na innych blogach.

Dziś zarobiłem na czynsz za mieszkanie. Czas spać.

Dzień 2 
Wtorek

Dzwoni budzik. Wstaję, odsłaniam okno i widzę palmy. Wśród nich kilka drzew oblepionych mandarynkami (na zdjęciu z lewej).

Pobudka niestety znów o 7:00. W końcu trzeba się ogolić, zjeść śniadanie, dać koszule do wyprasowania, bo niestety w hotelu nie dają żelazka do pokoju. Wsiadam w taksówkę i jadę do firmy. Na miejscu jestem przed 9:00.

Do południa niewiele się dzieje, więc odpisuję na kilka maili, odpalam metatrader'a i po półgodzinnej obserwacji rynku zawieram transakcję. Oczywiście stratną. Sprawdzam co się dzieje na GPW. Kiedyś w takich momentach zastanawiałem się: za co i dlaczego mi właściwie płacą? Zadałem kiedyś to pytanie memu koledze i on podał mi słuszną odpowiedź: za twoją dyspozycyjność. Proste, ale jakie racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego dziś prawie nie pracuję? Nie dlatego, że jestem leniem (aczkolwiek trochę jestem). Dlatego, że przez ostatnie 3 miesiące wykonałem swoją pracę prawidłowo i teraz nikt nie zgłasza żadnych błędów. Gdyby jednak taki się zdarzył mam być na miejscu, by szybko zareagować.

Aby nie marnować całego dnia umawiam się na dwugodzinne szkolenie z osobą, która ma wiele lat doświadczenia więcej ode mnie. Staram się nauczyć jak najwięcej, by wykorzystać to w przyszłości.

Pod koniec dnia szukam informacji co można zwiedzić w okolicy. Szybka decyzja podjęta: dziś zwiedzam miasto, jutro idę nad morze.

Fajrant. Dziś zarobiłem na połowę miesięcznych wydatków na jedzenie.  

W centrum miasta jestem ok. 18. Czuję się jakbym nagle znalazł się w innej bajce. Wkoło palmy, 17 stopni, piękna architektura, a do tego nadal dzień. W Polsce o tej godzinie jest już ciemno.

Mijam arenę, gdzie organizowane są walki byków (zdjęcie z prawej).



.




 Idę raz w lewo, raz w prawo. Tam gdzie mnie oczy poniosą i gdzie aleje są najbardziej obrośnięte palmami (zdjęcie z lewej). 











 Zawsze w nowym miejscu zwiedzam wszystko pieszo robiąc nawet kilkanaście kilometrów dziennie. Mijam ciekawe budynki.












Po jakimś czasie wyciągam telefon, by skorzystać z nowoczesnej technologii. Zerkam na mapę, by zorientować się gdzie ja właściwie zawędrowałem i aby znaleźć katedrę, której wieża jest podobno symbolem tego miasta. Tak jak podejrzewałem, byłem niedaleko, ale w nieregularnych uliczkach łatwo się zaplątać.


Szybka przekąska w knajpie obok i wędruję dalej. Powoli ruszam w kierunku hotelu. Wracam wyschniętym korytem rzeki, którą 40 lat temu postanowiono wyprowadzić z miasta. Niesamowite ile ludzi tu biega. Przez jeden wieczór minąłem więcej biegających ludzi niż w moim mieście przez 3 miesiące. czy to wynik różnicy w liczbie mieszkańców, czy może nasze polskie lenistwo?


Stare koryto rzeki zorganizowane jest bardzo przyjemnie. Palmy, drzewa, stawy, fontanny, ścieżki,. Ścieżki czasem bardzo kręte, ale mimo to nie ma wydeptanych ścieżek, by je skrócić. U nas na 99% by były.

Mijam kolejne budynki. W przeciwieństwie do starych budowli w centrum miasta te są nowoczesne. Mimo to są niesamowite, ładne i co ważne - są wielką atrakcją turystyczną. Polska jest niestety na etapie budowania stadionów na Euro 2012, które to stadiony później będzie trudno utrzymać. Niesamowite, że podczas jednego spaceru po miastach takich jak to, można zobaczyć więcej sztuki niż niejeden Polak widział przez ostatnie 5 lat. Rzeźby, wystawy fotografii, fragmenty literatury, utworów muzycznych...



"Do not compare my speed, I am faster and I carry on, I am faster. The world is magic. You can't block out the sun. Do not compare this."

Godzina 22:00. Powinienem już wracać do hotelu, ale nie mam ochoty.







Ile rzeczy można zobaczyć w świecie podczas gdy miliony siedzą przed telewizorami i ekranami swoich komputerów. Wystarczy wyjść z domu. Czasem gdzieś wyjechać.

 
W drodze powrotnej natknąłem się jeszcze na postać, która przypomniała mi, że stan konta nie jest najważniejszą rzeczą na ziemi.












O tym jednak pisać nie będę, bo większość osób tutaj zapewne martwi się, czy byki znów wygrają na giełdzie.








Hotel. Po długiej wędrówce chce mi się pić. Sprawdzam zawartość mini-baru i wychylam sok pomarańczowy.

Zasypiam z poczuciem dobrze spędzonego dnia. Nad moim łóżkiem wiszą obrazy. Autor zapewne nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jego podpis pasuje do tego miejsca. Nie wiem czy to nazwisko, czy pseudonim, ale "Kima" pasuje do czynności, którą zaraz wykonam.

Dzień 3 
Środa

Taksówka się spóźnia. Ponadto taksówkarz nie zna adresu, pod który chcę się dostać, ale kontaktuje się z centralą i rusza. Znów siedzę w biurze i znów niewiele się dzieje, aczkolwiek więcej niż wczoraj. Pojawiają się pierwsze problemy, ale po godzinie okazuje się, że nie są wynikiem moich błędów, tylko niekompetencji lokalnego pracownika. Uff... mogę znów zerknąć na giełdę. Później ponownie trochę nauki zupełnie nowych dla mnie rzeczy i kilka małych spraw do załatwienia. Dzień się wlecze. Jakoś nigdy praca nie może się dostosować do mojej dyspozycyjności czasowej. Albo jej nie ma, albo jest za dużo. Koledzy z pracy zachęcają bym poszedł z nimi na mecz Walencji z Barceloną. Gdyby bilet był 2 razy tańszy, to może bym się skusił, ale dla kogoś, kto w ogóle nie jest fanem piłki nożnej 80 euro to nieco za drogo.

Dotrwałem do fajrantu. Jeszcze tylko zebranie z całym zespołem, aby podsumować problemy dnia dzisiejszego, których w moim obszarze było niewiele i jadę do centrum miasta.

Zaczynam kolejny spacer. Patrząc na mapę szukam odpowiedniej ulicy, która doprowadzi mnie na plażę. Czeka mnie dość długi spacer, ale przynajmniej mam jakiś cel. Po drodze znajduję bankomat. Dojazdy do biura kosztują mnie niestety więcej niż przewidywałem, więc jestem zmuszony wypłacić więcej pieniędzy. Co ciekawe trafiłem na jeden z niewielu bankomatów, które podają:
- kurs po jakim przeliczone będą pieniądze
- ile wynosi prowizja
- ile PLN zostanie mi pobrane z konta

Do informacji minimalistów oraz onanistów kontowo, prowizyjno, opłatowych podam, że na tej operacji jestem stratny jakieś 15 zł, ale absolutnie nie psuje mi to dnia. W końcu i tak jedyne wydatki tutaj, które idą z mojego portfela to napiwki. Zmierzam dalej na plażę.

Morze ukazuje się moim oczom około 19:30. Wchodzę na plażę, która na oko ma jakieś 100 metrów szerokości. W oddali widzę tylko kilka osób. Poza tym pustki. Cel mojej dzisiejszej wędrówki osiągnięty. 

Gari Kasparov powiedział kiedyś:
"If we play without objectives, in the long run our decisions will become exclusively reactive and we will be made to play our opponents game, and not ours."

Zgadzam się z tym stwierdzeniem w 100%. Ja jednak postanawiam iść dalej kompletnie bez celu. Dziś nie gram w żadną grę i nie walczę o nic. Po prostu odpoczywam. Zresztą bardzo często wędrując pozornie bez celu znajduję cele, których bez tej bezcelowej wędrówki nigdy bym nie znalazł. 

Idąc cały czas plażą postanawiam sprawdzić dla bezpieczeństwa jak daleko odszedłem. W końcu będę musiał tę drogę przebyć w drugą stronę. Odpalam GPS'a. Coś jest chyba nie tak, bo wg tego wspaniałego wynalazku dryfuję jakieś 200 metrów od brzegu. Rozglądam się i widzę mój kolejny cel. Mała restauracja na skraju plaży. Zasiadam wygodnie, zamawiam tapas y cerveza po czym odpalam laptopa, by Wam o tym napisać.

Z lewej morze słonej wody, z prawej morze pysznego piwa.



Restaurację opuszczam ok. 21:30. Drogę powrotną przemierzam promenadą, aby nie brnąć w piasku. Pustki. Na całej długości plaży mijam tylko 3 osoby z psami i jednego biegacza. Co jakiś czas próbuję zrobić zdjęcie, ale w takich ciemnościach ciężko o jakość bez statywu. Ratuję się stawiając aparat na śmietniku lub murku. Na końcu promenady bezdomny pchający wózek (ukradziony zapewne z jakiegoś marketu) pozdrawia mnie wesołym Buenas Noches. Odpowiadam i widzę, że mieszka w pobliskim pustostanie. Mały, biały domek przy plaży. Ciekawe, że bezdomny, nie posiadający nic, mieszka w tak pięknie zlokalizowanym miejscu, a ciężko pracujący ludzie kiszą się w małych mieszkaniach, w średnio interesujących miejscach, gdzieś w głębi lądu. Najwyraźniej taka jest cena spokoju i pewności, że nikt Cię nie wywali.

Skręcam w stronę miasta i przyspieszam kroku, żeby wrócić jak najszybciej do hotelu. Po drodze mijam koncert na świeżym powietrzu. Widzę tłum. Słyszę elektroniczną muzykę. Chwilę szukam muzyków. Okazuje się, że słowo muzyk to raczej zbyt wiele. To tylko dwóch DJ'ów puszczających jakieś zapętlające się sample, które ułożyli w pewnej kolejności. Raz na jakiś czas nacisną przycisk na konsoli, a resztę czasu kiwają się w rytm muzyki. Zdecydowanie nie jestem fanem elektronicznego przetwarzania muzyki.

Dobijam do hotelu i idę spać. Dziś zarobiłem na jedzenie na drugą połowę miesiąca.

Dzień 4
Czwartek

Budzę się i zerkam na swoje buty. Wcześniej były czarne, dziś są piaskowe. Czyszczę plażowy piasek, a potem standardowa procedura: śniadanie, taksówka, praca. Kolejny taksówkarz nie wie gdzie jest adres, który mu podaję, ale tym razem wiem jak go pokierować. Niesamowite, że wystarczyły 2 dni, abym przypomniał sobie słowa, których uczyłem się jakieś 8-9 lat temu. Jeśli trafisz między wrony, musisz krakać tak jak one. Angielski w przypadku rozmów z taksówkarzami nie przydaje się prawie nigdy. Na ostatnim skrzyżowaniu niestety nie dopilnowałem pana. Mimo iż pokazałem mu widoczny już budynek, do którego zmierzamy, ten skręcił w drugą stronę, a ja zamiast po hiszpańsku krzyknąłem po angielsku, aby jechał w lewo, a nie w prawo, więc nie było szans na to, by cokolwiek zrozumiał. Na autostradzie nie tak łatwo zawrócić, więc przejechaliśmy kolejne 6 km. Na szczęście kierowca zatrzymał licznik i grzecznie przeprosił.

W pracy pewne sprawy ruszyły z miejsca, więc mogę się spotkać z kilkoma osobami i w zasadzie 70% dnia zajmują mi moje podstawowe obowiązki. Excelki, klepanki, programy, spotkania, planowanie kolejnych podróży. Jak zwykle wystarczyło też czasu, by zerknąć na chwilę na giełdę i forex

Po pracy okazało się, że panie z recepcji nie zamówiły nam taksówki. Na każdym kroku widać, że to jest naród siesty. Kompletny brak zorganizowania. Jeden z tubylców twierdzi, że powinni zatrudnić niemiecki rząd na jakiś czas, aby zrobili im porządek w kraju. Nam też by się taka kuracja przydała.

W taksówce przez chwilę się waham, czy dziś zwiedzać miasto, czy może okolice portu. Mój dylemat szybko zostaje rozwiązany. Zaczyna padać. Niby nie mocno, ale nie mam nic od deszczu. Wracam do hotelu, by zjeść kolację w hotelowej restauracji. Później wywieszam zawieszkę, by mnie nie molestowano. Układam się w wannie z książką, a następnie zabieram się za pisanie tego co właśnie czytacie.

Dziś zarobiłem na kapitałową część raty mego kredytu hipotecznego. Dobranoc.

Dzień 5
Piątek

Pakowanie w drogę powrotną mam opanowane do perfekcji i mimo rozproszenia niewielkiej ilości moich rzeczy po całym pokoju, łazience i szafach zajmuje mi to jakieś 5 minut. Śniadanie, wymeldowanie i kolejny taksówkarz, który nie ma pojęcia gdzie jedzie. Tym razem pilnowałem go od początku do końca dając dokładne wskazówki po hiszpańsku. O dziwo nawet rozumiałem co do mnie mówił, co nie zdarzało mi się wcześniej.

Zazwyczaj dzień wylotu jest dniem najbardziej pracowitym, bo mając pół dnia trzeba dopiąć wszystkie sprawy do końca. Wszystko nabiera tempa. Spotkania zamiast pół godziny trwają 10 minut. Spod moich rąk wyfruwa kilka szybkich maili i prezentacja w power point'cie na spotkanie, które odbędzie się gdy ja będę już w samolocie. Szybkie ustalenie priorytetów. Kończę rzeczy pilne. Inne zapisuję na liście rzeczy do zrobienia w poniedziałek. Mimo częściowo leniwego tygodnia udaje się ustalić pewne rzeczy, które pozwolą kontynować pracę zdalnie przez następne kilka dni.

Wybija południe. Taksówka już czeka. Obiad jem na lotnisku, czekając na samolot, który zabierze mnie do domu. Uwielbiam podróże, ale zawsze miło jest wrócić do Polski, do swojego mieszkania, do ludzi mówiących w tym samym języku. A wiecie co jest najprzyjemniejsze w lataniu? To, że choćby nie wiem jak zgniła była pogoda na dole, to na górze i tak świeci słońce. Te kilka promieni doładowuje akumulatory zwłaszcza w zimie.

Dziś zarobiłem na część odsetkową raty mego kredytu hipotecznego. Następny tydzień pracuję z kanapy w dużym pokoju, by zarobić na dopłatę do portfela blogowego.

Zakończenie

Być może jest to dziwny wpis. Byż może zbyt długi. Byż może wiele osób nie doczyta go do końca. Być może łamie zasadę przedstawiania samych, suchych, finansowych faktów, ale niezaprzeczalnie to jest właśnie moja droga do miliona. Czasem przyjemna, czasem nie. Czasem ciężka, by za chwilę stać się lekką. Wpis ten powstał też po to, by mieć w końcu możliwość dodania kilku zdjęć ;) Wszyscy wzorują się ostatnio na Marcinie-rentierze, który w ten sposób urozmaica swoje wpisy. Inny Marcin z kolei stwierdził, że dobrze by było abym do wpisu dodał jakieś zdjęcie. Cóż... ładnie takie wpisy wyglądają, przyznaję, ale nie w moim stylu jest picowanie swoich wpisów cudzymi zdjęciami, by zwiększyć ich atrakcyjność. Dlatego najpierw zrobiłem kilka zdjęć, a później dodałem treść do nich (mam nadzieję) pasującą. Tak oto kończę kolejny tydzień na znienawidzonym przez większość finansowych blogerów etacie. Pisząc to znajduję się chyba gdzieś nad Francją i zastanawiam się, czy w ogóle to publikować. Jeśli to czytasz, to znaczy, że się na to zdecydowałem :)

wtorek, 8 marca 2011

Bilans nr 10 - 6 marca 2011

Gdy na wszystkich podobnych blogach kurz po opublikowaniu podsumowań lutego opada, za podsumowanie miesiąca biorę się ja. Portfel blogowy wzrósł tym razem o 1733,44 zł i jest bliski przekroczenia 20 tys.

Spójrzmy skąd się to wzięło.


Przez ostatnie miesiące odkładałem równolegle pieniądze na pewne prywatne cele, a ponieważ odłożyłem już mniej więcej tyle ile potrzebuję, to w tym miesiącu postanowiłem dorzucić nieco więcej z pensji. Być może na stałe podwyższę wpłaty do 1600 zł.

Odsetki z lokat przyniosły nieco mniej zysku niż w zeszłym miesiącu, a to za sprawą krótszego miesiąca.

Pojawiła się natomiast pozycja, która dawno nie gościła w moim portfelu, czyli akcje. Jakiś czas temu pisałem
o chęci przeprowadzenia małych giełdowych spekulacji. Po kilku dniach od opublikowania tego teoretycznego wpisu przyszedł czas na praktykę. Po publikacji wstępnych danych finansowych firmy Novita postanowiłem spróbować z nią szczęścia. Drugim typem było PKO BP. 



Oczywiście nie wyszło do końca tak jak chciałem. Myślałem, że przeprowadzę jedno lub maksymalnie dwudniowy handel i zamknę pozycję z zyskiem lub stratą. Ponieważ na rynku zapanowała mała konsternacja, a ceny moich spółek tkwiły w chwilowej konsolidacji, nie zamykałem pozycji ze stratą, tylko cierpliwie czekałem. No i doczekałem się. W zeszłym tygodniu nastąpiło wybicie na obydwu spółkach. Będąc akurat w podróży nie wiedziałem nawet, że moje zlecenie sprzedaży ustawione prawie miesiąc temu na spółce Novita zostało zrealizowane. Kwota zysku (53,6 zł) może nie jest zawrotna, ale po odliczeniu prowizji to ok. 6,2% zainwestowanej kwoty. Wprawdzie PKO BP jest też na plusie, ale po poniedziałkowej publikacji dobrych danych na temat zysków wszyscy liczą na kolejne wzrosty. Liczę na nie również i ja, dlatego wstrzymam się jeszcze ze sprzedażą.

Oprócz tego wciąż trzymam akcje Polimexu. Niestety po przeczytaniu opinii w sieci, że nadal będzie spadać nie zrealizowałem swojego pierwotnego planu. Miałem uśrednić po cenie 3,3. Gdybym to zrobił byłbym teraz na lekkim plusie na wszystkich akcjach. Kolejny błąd - sugerowanie się opiniami innych. Gdybym uśrednił, to zapewne teraz zamknąłbym wszystkie pozycje, aby zrealizować zysk ponieważ mam wrażenie, że sytuacja na rynku jest niezbyt pewna i czeka nas trochę wahań. No ale to tylko takie moje przeczucia. Z drugiej strony wierzę, że w dłuższym terminie Polimex dobije znów do 4 zł.

Ech... kiedy ja się nauczę porządnego handlowania ;o)