Strona główna

środa, 29 sierpnia 2012

Zmiany, zmiany, zmiany...

Halo, halo! Jest tu ktoś jeszcze? ;-) Trochę mnie tu nie było. Powiedzmy, że zrobiłem sobie wakacje od blogowania. W końcu lato było całkiem niezłe i wolałem je spędzać na powietrzu niż przed komputerem. Poza tym następuje u mnie powolny proces zmian, o którym już niedługo napiszę. Ale jeszcze nie dziś :-p Wcześniej nie chciałem pisać o tych zmianach aby nie zapeszyć, a teraz nie napiszę, bo muszę jeszcze przemyśleć jak to ugryźć, by nadawało się do kontynuowania tego bloga. Muszę się też zebrać do jakiegoś podsumowania, bo w końcu blogowi stuknęły 2 lata. Zapewne będę pisał więcej jak pogoda zrobi się bardziej jesienna :-)

czwartek, 10 maja 2012

Bilans na 6 maja 2012

Kwiecień... miesiąc katastrofa. Zepsuty samochód, zepsuty czajnik, zepsuty aparat i mała awaria w łazience. Na dodatek wszystko to wydarzyło się tuż po większych zakupach, które planowałem już parę miesięcy temu i które zrobiłem na początku kwietnia, a przed planowanym wyjazdem majowym. Wszystko naprawione lub kupione nowe, ale można to liczyć w tysiącach, a dojdą do tego 2 kolejne tysiące w miesiącu następnym na ubezpieczenie auta. Jeśli dodać do tego koniec urlopu macierzyńskiego, czyli konieczność utrzymania z jednej wypłaty 3 osób to powiem jedno - mam ochotę na przerwę. Być może jednak dociągnę jakoś do tych 50 tys., ale później będę chyba chciał zrobić małą przerwę na poukładanie finansów. Po prostu nie chcę w przypadku kolejnych losowych wydarzeń naruszać blogowego portfela.

Tymczasem z wielkim trudem dopisuję kolejne 1700 zł. Częściowo z odsetek pomniejszonych już o podatek, częściowo z kokosa, aczkolwiek jest to zaledwie 8 zł z chwilówki, którą udzieliłem jakiś czas temu i całe 2 gr odsetek karnych od innej pożyczki. Miłym zaskoczeniem jest to, że dobiłem do 1000 punktów za wypełnianie ankiet i zainkasowałem za to 50 zł.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Odkładam mniej - dlaczego?

Ostatnio informowałem o zmianach w dokładaniu do portfela. Zamiast dokładać stałą kwotę, będę dokładał tyle, ile będzie brakowało do 1700 zł po zsumowaniu wszystkich pozostałych źródeł dochodu. Czas na wyjaśnienia.

Bodziec do zmiany

W ciągu ostatniego miesiąca przeprowadziłem na różnych blogach kilka mniejszych, a także dwie nieco większe dyskusje. Jedna z nich miała miejsce tutaj i jak to często bywa partnerem do tej dyskusji był mój, jak na razie największy, krytyk - Marcin :-)

W dyskusji tej Marcin zasugerował mi m.in. to, że:
- spocząłem na laurach
- że zarabiam minimalną europejską pensję (aczkolwiek nigdy nie podałem i nie podam wysokości moich zarobków z etatu), którą przecież każdy może wyciągnąć, jeśli tylko wyjedzie na zachód i będzie robił najprostszą pracę fizyczną
- że szczycę się tym jakie to zajebiste życie prowadzę.

Zazwyczaj starałem się, by opinie innych osób na mój temat jak najmniej wpływały na moje życie, ale nie ukrywam, że zawsze ciekawiło mnie jak odbierają mnie inni. Tym razem te opinie jakiś mały wpływ na moje działanie jednak miały. Jaki? Oczywiście odwrotny :-)

Nie, to nie na złość Marcinowi zmniejszam dopłaty do portfela. Sprowokował mnie on jedynie do zrobienia ruchu, o którym dawno myślałem.

Czynnik motywacyjny

Ludzie gromadzą oszczędności w różnych celach i różne są czynniki motywujące ludzi do zarabiania pieniędzy. Jak się okazuje wiele osób widząc mój blog ma na pierwszy rzut oka wrażenie, że jestem zaślepiony pieniędzmi i moim głównym celem życia jest uzbieranie miliona. Otóż nie. Nie umiem zarabiać pieniędzy dla pieniędzy. Zarabiam, by coś w życiu za te pieniądze robić. Czasem by coś mieć - owszem, ale głównie jednak robić. Jeździć, zwiedzać, fotografować, uprawiać sport, spotykać się z ludźmi w ciekawych miejscach, itp., itd. Spędzać życie aktywnie.

Co da mi zmniejszenie dopłat? Większą motywację. Jeśli zarobię z innych źródeł niż praca więcej pieniędzy, to będę miał więcej pieniędzy z pensji na przyjemności. Proste i logiczne. Takie odkładanie stałej kwoty mogło rzeczywiście wyglądać na spoczęcie na laurach (chociaż Marcinowi raczej chodziło o to, że nie żyję za 200 zł/miesiąc, by odkładać całą resztę). Odkładanie stało się rutyną, a za rutyną niekoniecznie przepadam. Jednych może cyferki na koncie motywują. Mnie niekoniecznie.

Tylko co z milionem? Przecież jeśli podzielę pozostałą do miliona kwotę na 1700 zł, to uzbieranie zajmie mi jakieś 47 lat. Jest duża szansa, że tego nie dożyję.

Efektywność

Na to właśnie słowo kładłem od zawsze największy nacisk. Gdy moi znajomi trzaskali w pracy nadgodziny, by przypodobać się szefom ja starałem się zrobić jak najwięcej w 8 godzin. Gdy inni starali się jak najwięcej zaoszczędzić, ja starałem się więcej zarobić. Gdy nie widziałem możliwości w jednym miejscu, wyruszałem w drugie. Wzrastała moja efektywność i wzrastały moje zarobki. Na początku wzrastały bardzo szybko, później nieco wolniej. Przez ostatni rok wzrosły o ok. 20%. Zaledwie o 20%, bo jak się okazuje moje zarobki od początku mojej pracy zawodowej (na umowę o pracę - nie liczę prac wakacyjnych, czy dorywczych podczas studiów) wzrastały średnio o 132% rocznie.

A co z efektywnością moich pieniędzy w portfelu? Spójrzmy na kilka wykresów.

Na pierwszym widać, że całkowita wartość portfela (wyższa linia) jest niewiele większa od wpłat własnych (niższa linia).
 

Na drugim przedstawiam dochody ze źródeł innych niż etat w kolejnych miesiącach (niższa linia)oraz skumulowane (wyższa linia).


Jak widać czasem był jakiś wyskok spowodowany przypadkowymi dochodami na giełdzie (które i tak zapewne zostaną za jakiś czas zniwelowane stratami), ale generalnie niewiele się zmienia.

Niestety wykres skumulowanego dochodu nie wygląda na wykładniczy. Bardziej przypomina prostoliniowy. Dlatego właśnie chcę się skupić mniej na odkładaniu, a bardziej na efektywności inwestycji. Nie ukrywam, że pewne nadzieje wiążę z kokosem, bo niestety na giełdzie jestem słaby, a intratnych pomysłów na biznes w mojej głowie brak. Nawet jeśli jakiś pomysł na biznes mam, to nie wygląda on na tyle dobrze, by miał przyćmić moje dochody z etatu.

Jak już pisałem w poprzednim wpisie, nowy model portfela zakłada nieco większe ryzyko. Ryzykuję więcej pieniędzy na kokosie. Nie tylko odsetki jak było do tej pory, ale też 1/3 dokładanej kasy wędruje w pożyczki. Z moich dziwnych wyliczeń wynikło, że mniej więcej po 5 latach powinienem zarabiać z odsetek ok. 1700 zł i przy dalszym rozwoju w tym tempie jestem w stanie osiągnąć milion sporo przed emeryturą. Jeśli po 5 latach okaże się, że nic z tego nie wychodzi, to trzeba się zastanowić poważnie nad odpuszczeniem tego przedsięwzięcia. Chyba, że w międzyczasie wymyślę jakiś inny, efektywny sposób pomnażania pieniędzy.

Po prostu - kasa jest po to, aby odpowiednio pracowała, albo po to, by ją wydać. Nie ma sensu trzymania wszystkiego na lokatach, bo realnie, uwzględniając inflację, zarobi się na tym jakiś jeden procent. Procent z miliona to 10 tys. To nawet nie jest tysiak na miesiąc. Dlatego właśnie "melon" nie jest moim głównym celem, bo może się okazać, że spędzę życie na dążeniu do czegoś, co nie da mi tego, czego oczekuję. To lepiej już wydać te pieniądze na ładny dom z ogródkiem, by uprawiać marchewki i pogodzić się z tym, że są ludzie, którzy potrafią obracać pieniędzmi i tacy, którzy tymi pieniędzmi obracać nie potrafią.

Tak naprawdę z miliona można żyć gdy efektywność inwestycji wynosi jakieś 15-20%, tylko pytanie, czy po jego osiągnięciu będę chciał zrezygnować z pracy? Może się okaże, że z etatu będę wtedy wyciągał nadal znacznie więcej.

Tak zatem wygląda plan na najbliższą przyszłość blogowego portfela. Jeśli coś mi się w głowie znów dziwnego urodzi, to nastąpią zmiany.

Co do kilku komentarzy proponujących powstrzymanie się od zwiększania poziomu życia i "przyciskania", by odłożyć więcej (zwłaszcza, że dostałem ostatnio podwyżkę) ogłaszam wszem i wobec, że nie zwiększam poziomu życia :-) Macierzyński się kończy. Zaczyna się wychowawczy. Będę zatem utrzymywał (włącznie ze mną) 3 osoby. Poza tym żywotność kilku przedmiotów codziennego użytku w moim domu dobiegła  końca i niestety trzeba zakupić nowe. Do tego dochodzi ubezpieczenie mieszkania, samochodu i kilka innych wydatków, które rysują wiosnę w średnio kolorowych barwach. Ale damy radę! W sumie to chyba powinienem trochę ponarzekać tak jak to robią wszyscy wkoło, bo jak tylko piszę, że żyję przeciętnie i normalnie, to ludziom się wydaje, że szastam kasą na lewo i prawo ;-)

Zatem jeśli ktoś chce mi zarzucać spoczęcie na laurach, to mogę dyskutować w tym temacie jedynie z osobami niezależnymi finansowo, które same dbają o własny dach nad głową i najlepiej przynajmniej częściowo odpowiadają też za innych swoich bliskich, a nie korzystają z ich pomocy:-)

piątek, 13 kwietnia 2012

Bilans na 6 kwietnia 2012

Zgodnie z zapowiedzią w tym miesiącu zmniejsza się dopłata do portfela. Wprawdzie pisałem, że od teraz portfel będzie zwiększał się o 1700 zł miesięcznie, ale aby zaokrąglić kwotę całkowitą dopłacam kilka złotych więcej. Standardowe odsetki w większości jeszcze nie są zjedzone przez podatek. W przyszłym miesiącu niestety będą mniejsze, bo nienażarty potwór o nazwie Polska wyszedł na łowy. Staram się unikać otwierania nowych kont, bo już kiedyś zamykałem kilka zbędnych, ale teraz znów zastanawiam się nad otwarciem konta w Deutche Banku, który ma teraz chyba najlepszą ofertę jeśli chodzi o odsetki.

W podsumowaniu pojawił się w końcu nowy podpunkt o nazwie kokos. Pierwsza pożyczka zakończona sukcesem. Niewielki zysk w wysokości 6 zł, ale i kwota zainwestowana na okres 6 miesięcy (a spłacona wcześniej) nie była porażająca (50 zł).

Chciałem w tym wpisie również wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się zmniejszyć dopłaty, ale co zasiadam do pisania, to nadciągają zewsząd jakieś obowiązki. Nie ma chwili spokoju. Wcześniej udawało mi się pisać w podróży, a czasem nawet w przerwie w pracy, jednak teraz zbliża się zakończenie projektu, który ciągnie się od roku. To oznacza ni mniej, ni więcej, ale pracę non stop przez 8-10 godzin dziennie przez ten i połowę następnego tygodnia. Już się nie mogę doczekać końca tego nawału pracy. Mam nadzieję, że wtedy uda mi się dokończyć wpis o przyczynach zmniejszenia dopłat. Póki co wpis powstaje po bardzo małym kawałku.


środa, 28 marca 2012

Czas na zmiany

Raz na jakiś czas trzeba zweryfikować swoje poglądy, popatrzeć na plan, który się wcześniej nakreśliło i... coś ulepszyć (i nie spieprzyć;). Oczywiście nie zawsze udaje się zmienić coś na lepsze, ale trzeba przynajmniej spróbować.

Kokos

W tym miesiącu zamknęła się moja pierwsza, kokosowa pożyczka, o czym będzie w podsumowaniu miesiąca. Nie ukrywam, że było to miłe zaskoczenie ponieważ zamknęła się przed czasem i RRSO pożyczki podane przez serwis wyniosło ponad 60%. Poza tym wcześniej nie wiedziałem na jakiej zasadzie działają monity. Czasem odwlekałem ich wysłanie z nadzieją, że jednak ktoś spłaci pożyczkę, bo tak mi zawsze szkoda człowieka było. Od kiedy dowiedziałem się na blogu Od zera do milionera ,że za każdy opłacony przez pożyczkobiorcę monit dostaję punkty w systemie partnerskim to wysyłam je bardziej ochoczo jak tylko dostaję taką możliwość. Dzięki temu mam już 20 punktów, które odpowiadają 20 zł. Będę je mógł wypłacić po przekroczeniu 150 pkt.

Na fali kokosowego optymizmu postanowiłem też dodać reklamę serwisu na blogu.

Oczywiście reklama nie jest zmianą planu jeśli chodzi o finanse. Zmiana w finansach będzie polegała na zwiększeniu aktywności na kokosie. Będę tam inwestował nie tylko odsetki, ale także 30% tego co dopłacam do portfela. Pod jednym z poprzednich postów padło pytanie ile pieniędzy tak naprawdę pożyczam. Nie będę zamieszczał takich informacji, bo to się z każdą spłatą lub pożyczką zmienia. Wyznaczam sobie tylko maksymalną kwotę pożyczek jakie mogę udzielić i tego staram się trzymać. Od następnego podsumowania tą maksymalną kwotą będzie suma wszystkiego co zarobiłem poza etatem (odsetki i inne dochody) + 30% dopłat od dnia dzisiejszego. Nie ukrywam, że w tej chwili Kokos to jedyna moja nadzieja na zwrot większy niż z lokaty.

Etat

Tu nastąpiła kolejna zmiana. Dostałem znowu podwyżkę. Nie wpłynie ona jednak na dopłaty. Jakiś czas temu w komentarzach padło pytanie, czy zamierzam zwiększać dopłaty do portfela i pisałem wtedy, że pewnie tak. Myślałem, że będę waloryzował wpłaty o stopę inflacji. Robię jednak coś zupełnie przeciwnego. Zmniejszam dopłaty. Absurdalne? ;-)

Portfel będzie się zwiększał co miesiąc o 1700 zł (oprócz najbliższej dopłaty, w której dopłacę tyle, by jakoś zaokrąglić stan portfela), niezależnie od tego, ile dochodu będzie pochodziło z innych źródeł. W ten sposób osiągnę założony sobie cel 50 tys. w sierpniu. Wtedy też ustalę cel na kolejny rok. Jeśli ktoś ma ochotę o tym podyskutować, zapraszam do komentowania :-) O powodach takiego posunięcia napiszę za jakiś czas w osobnym wpisie.

wtorek, 13 marca 2012

Słowo o hipotece + Bilans na 6 marca 2012

W lutym ponownie nie wydarzyło się zbyt wiele. Giełda po wyrysowaniu małej górki znów zastanawia się, czy polecieć znów w dół, czy jednak może trochę do góry. Ja obstawiam raczej kierunek południowy, więc do giełdy mam dystans. Odsetki są minimalnie mniejsze niż w zeszłym miesiącu, a to za sprawą dwóch czynników. Pierwszy - krótszy miesiąc. Drugi - przewalutowanie części pieniędzy.

Drugi z czynników wpływał i wpływa na odsetki w moim portfelu dość często. O co w tym chodzi? Posiadam kredyt hipoteczny w euro i zazwyczaj gdy euro jest w jakimś lokalnym dołku kupuję więcej waluty, nawet za pieniądze z blogowego portfela. W kolejnych miesiącach spłacam raty z tych oszczędności, a do portfela blogowego wraca większa część wypłaty niż jest to w założeniu portfela blogowego. W ten oto sposób bronię się przed spłacaniem kredytu gdy euro jest na górce. Po perypetiach z frankiem i masową dostępnością kredytów w CHF kilka lat temu, większość ludzi boi się kredytów walutowych i nasłuchałem się sporo negatywnych opinii na temat tego co robię w momencie brania kredytu. Tak samo nasłuchałem się pytań przez ostatnie miesiące na temat tego jak się miewa mój kredyt, gdy euro wybijało kolejne maksima aż do 4,5 PLN.

Zatem jak się miewa mój kredyt i czy żałuję, że go wziąłem?

Absolutnie nie żałuję. Oprocentowanie jest znacznie mniejsze niż kredytu w złotówkach (ok. 3%). Brałem go na górce 3 lata temu i to zabezpieczanie się w lokalnych dołkach pozwoliło mi na przetrwanie zeszłorocznej zwyżki. Do tej pory, przez te 3 lata, zapłaciłem jedynie 2 raty powyżej kursu, przy którym brałem kredyt, a sporą część rat spłaciłem po kursie nawet 6% niższym. Cieszę się, że euro wróciło na niższe poziomy i przymierzam się ponownie do większych zakupów waluty. Może to zatem wpłynąć na odsetki moich lokat w kolejnych miesiącach.

Odsetki od kokosa natomiast rosną. Wprawdzie kokos podczas spłaty zalicza najpierw spłatę całkowitą kapitału, a dopiero potem odsetek (i tak samo będę robił ja w blogowym portfelu), ale jeśli podzieliłbym spłaty na równe raty składające się z części kapitałowej i odsetkowej to można przyjąć, że mam już ponad 35 zł odsetek miesięcznie z tego źródła. Gdyby nie dwóch spóźnialskich, to byłbym bardzo z kokosa zadowolony.

Na koniec standardowy obrazek pt. skąd się wzięły moje pieniądze.




wtorek, 14 lutego 2012

Bajka o tem jak pan Ziobro lata samolotem

Co ma pan Ziobro do mojej drogi do miliona? Co ma jego latanie samolotem do mojej drogi do miliona? Może i niewiele, ale natchnął mnie do napisania tego wpisu.

Będąc niedawno na jednym z niemieckich lotnisk natknąłem się na tegoż właśnie jegomościa lecącego tym samym samolotem co ja. Mina nadęta, nos wysoko, czyli standard u osób nieco bardziej rozpoznawalnych. Do samolotu wszedł pierwszy, ja nieco później, więc chcąc, nie chcąc ujrzałem tę facjatę raz jeszcze, gdy przechodziłem przez strefę tzw. biznesową. I tu mnie ruszyło...

Ktoś powie: zazdrości! Hmmm... nie ma w zasadzie czego. Leciałem kilkakrotnie klasą biznes i jedyna różnica jaką zauważyłem, to trochę inny posiłek i napoje podawane częściej niż reszcie. Za taką usługę płacimy oczywiście ekstra. Nigdy za bardzo nie wnikałem w ceny biletów, ale tym razem postanowiłem sprawdzić jaka jest różnica w cenie między klasą ekonomiczną, a klasą biznes. Na trasie pana Ziobro, przy zamówieniu biletu z miesięcznym wyprzedzeniem, różnica taka to, bagatela, ok. 1500 zł.

Jeśli jesteś, za przeproszeniem, statystycznym Polakiem (choć wielu mówi, że taki nie istnieje), to chciałbym Cię poinformować, że na ten dodatkowy napój i inny posiłek pana Ziobry musisz odprowadzać podatek dochodowy przez ok. 6 (słownie: sześć!) miesięcy.

A ile takich latających osób mamy na utrzymaniu? Aż się boję odpowiedzi na to pytanie.

Teraz natomiast nieco inna perspektywa.

Miejsce: spółka akcyjna, duża korporacja. Czas: początek kryzysu.
Zanim jeszcze kryzys wstrząsnął na dobre całym światem otrzymuję maila, który zmienia politykę firmy. Zabronione są loty klasą biznes. Jeśli tylko to możliwe spotkania należy ograniczyć do minimum. Gdzie tylko można trzeba skorzystać z możliwości audio i wideokonferencji. To tylko jeden z kroków jakie podjęła firma, w której pracuję. Po 3 latach od wejścia tych restrykcyjnych przepisów kolejny rok wzrasta zysk firmy, ja dostaję podwyżkę i wszyscy są zadowoleni.

A dług naszego kraju wzrasta.

Wiem, że latanie klasą ekonomiczną nie załata dziury budżetowej, bo dziura ta jest zbyt duża, ale wku$#@#wia mnie (i to jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl gdy o tym myślę), że tyle naszych pieniędzy jest wyrzucane w błoto. Nie mam nic przeciwko temu, by politycy latali klasą biznesową, ale niech to robią wtedy, gdy na to zapracują. Gdy ta wielka, czarna dziura budżetowa się zmniejsza, a nie gdy rośnie na potęgę, bo póki co to fundują mi (i każdemu obywatelowi tego kraju) kredyt, który niweluje całe moje oszczędności blogowe, a którego ja wcale nie chcę zaciągać.

Niedługo kolejny wpis o tym na co idą nasze podatki, czyli bajka o tym jak politycy wydłużają moją drogę do melona ;-)